Nonkonformizm w literaturze politycznej Waldemara Łysiaka (2)

avatar użytkownika nurniflowenola

Witam serdecznie po Świętach! Początkowo planowałem, że drugi fragment mojej pracy magisterskiej, którą Wam  w odcinkach przedstawiam, będzie dotyczył twórczości Łysiaka (dalsza część Rozdziału 1). Doszedłem jednak do wniosku, że jest to kompletnie bez sensu. Każdy zainteresowany, przy odrobinie wysiłku, może zapoznać się z “pisarstwem białego kuglarza”. Na różne sposoby.  Choćby odwiedzając łysiakomaniacki serwis – www.lysiak.wxv.pl/portal.php. Poza tym, abstrahując od wartości literatury Łysiaka, z punktu widzenia moich politologicznych zainteresowań poglądy pisarza są zwyczajnie ciekawsze od analizy  jego twórczości. Dlatego postanowiłem pominąć resztę Rozdziału 1 i przejść do kolejnej części mej pracy. Dziś prezentuję Czytelnikom fragment pierwszego podrozdziału, który pochodzi z Rozdziału numer…

 

2. Koncepcje społeczno-polityczne W. Łysiaka

 

2.1 Idea ustroju i forma rządów

 

 

 

     „Nazwa  i forma rządu są bez znaczenia. Ważne jest, żeby obywatele byli równi wobec praw i żeby sprawiedliwość była egzekwowana uczciwie. Nie może być półsprawiedliwości, sprawiedliwość jest niepodzielna!”[1]. Te słowa wypowiedziane przez Napoleona Bonaparte, z pozoru tylko rażące swą pompatycznością, ogniskują poglądy i opnie Waldemara Łysiaka, tyczące idei ustroju i formy rządów. Zarówno w publicystyce pisarza, jak i w pozostałej jego twórczości, wiele razy poruszany jest temat niniejszego podrozdziału. Na uwagę w tym względzie zasługuje tekst pt. „Ultima ratio regum, czyli prawo Napoleona”. Łysiak pisze tam: „Wierzę w Bonapartyzm. Stwierdzenie, iż wierzę w Bonapartyzm jest szczegółowym wyznaniem wiary politycznej i wcale nie oznacza, że jestem monarchistą. Generalnym moim wyznaniem wiary była zawsze wiara w prawicę, a niewiara w lewicę (każdą, od jakobinizmu vel bolszewizmu po socjalizm) i wzgarda dla kombinacji demokratycznych postępowców”[2]. Tak więc, będąc wielbicielem Korsykanina, stał się Łysiak, niejako automatycznie, sympatykiem sposobu sprawowania władzy przez „boga wojny”. Jako źródło tej „wiary” autor podaje słynny „Kodeks Cywilny” Bonapartego, nawiasem mówiąc jego zdaniem jedno z najważniejszych dzieł ubiegłego tysiąclecia[3], z którego czerpie swoje wyobrażenia ustroju.

 

     Z „Kodeksu Cywilnego” płyną dwa fundamentalne prawa, które także dziś są podstawą prawie każdego systemu polityczno-prawnego: równość szans i równość wobec prawa. Szczególnie Napoleońska równość wobec prawa jest przez Łysiaka mocno akcentowana jako wzór godny naśladowania. Bardzo często krytycy pisarza zarzucają mu, że propagując Bonapartyzm, jest apologetą totalitaryzmu. Łysiak odpowiada: „Bonapartyzm nie ma nic wspólnego z totalitaryzmem. Napoleon nie był tyranem, nie był despotą, jego system rządzenia był dużo bardziej liberalny i humanitarny niż to, co encyklopedie ujmują mianem oświeconego absolutyzmu. Ja bym to nazwał: absolutyzmem liberalnym”[4]. Jako dowód na potwierdzenie swoich słów autor przytacza casus generała Moreau i najgłośniejszego procesu politycznego doby napoleońskiej. Otóż generał Moreau był uczestnikiem spisku, mającym na celu uśmiercenie Napoleona. Spisek zdemaskowano, a winnych skazano. Moreau otrzymał wyrok… dwu lat więzienia. Bonaparte dowiedziawszy się o tym rzekł, że skazali go jak złodzieja chustek[5]. Znów Łysiak: „(…) po czym nie kazał strzelić w potylicę człowiekowi, który pragnął go zamordować, nie zesłał sędziów oraz ich bliższych i dalszych krewnych do Dachau lub do Gułagu (…)[6]”. Otoczenie Korsykanina dziwiło się, że nie wnosi apelacji, by wyrok został zaostrzony. „Nie wolno czynić arbitrem sądowym władzy administracyjnej, bo to równałoby się tyranii! Sprawiedliwość może być egzekwowana tylko przez niezależny sąd”[7] – odpowiadał Bonaparte. Mało tego, Moreau nie trafił nawet do więzienia! Napoleon zwrócił generałowi wolność, wydalając go tylko z Francji[8].

 

     Wydawać by się mogło, że powyższe słowa nie mają nic wspólnego z tematem niniejszego podrozdziału. Jednakże nic lepiej jak praktyka, nie świadczy o władcach i ich rządach. W tym miejscu można kontrargumentować: konstytucje wszystkich cywilizowanych krajów, w tym polska ustawa zasadnicza, gwarantują wspomnianą równość wobec prawa, więc jaka jest różnica pomiędzy Bonapartyzmem, a współczesną demokracją? Ano taka, że niezmiernie często litera prawa nie znajduje odzwierciedlenia w praktyce. Innymi słowy: różnej maści prominenci unikają odpowiedzialności cywilno-karnej, ze względu na zajmowane stanowisko lub wysoką pozycję w hierarchii społecznej. Podaję dwa przykłady, dotyczące Polski. Pierwszy: w mieszkaniu córki jednego z najwybitniejszych polskich reżyserów, Andrzeja Wajdy, został zamordowany człowiek, a prokuratura nie wszczęła w tej sprawie śledztwa, jakby kompletnie się nic nie stało. Drugi: sąd w Tarnobrzegu umorzył postępowanie wobec prezydenta Ostrowca Świętokrzyskiego, oskarżonego o wyłudzanie łapówek. Nie został ukarany, gdyż, jak napisano w orzeczeniu, dopuścił się „czynu o znikomej szkodliwości społecznej” (sic!). Jak mawiał Rej: „Małe złodziejki wieszacie – wielkim się nisko kłaniacie”. Praktyczne działania cesarza Francuzów dowodzą, że w jego rękach prawo nie było li tylko kawałkiem papieru. Dlatego też Łysiak, wielbiciel Napoleona, uważa, iż nawet w dzisiejszych czasach, w dobie panowania demokracji, Bonapartyzm byłby najbardziej optymalnym sposobem sprawowania władzy. „Uwspółcześniony Bonapartyzm to coś bliskiego systemowi amerykańskiemu. Silna władza prezydencka współpracująca z niezależną władzą lokalną”[9] – pisze Łysiak.

 

     Lwią część swojej publicystyki, głównie z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, Łysiak poświęcił na analizę i krytykę systemu demokratycznego. Często dziennikarze, publicyści, czy recenzenci, polemizujący z Łysiakiem wyciągają zbyt daleko idące wnioski, tyczące poglądu pisarza na demokrację. Najczęściej jest to spowodowane faktem, że skoro autor propaguje Bonapartyzm jako formę rządów, to niejako z definicji jest wrogiem demokracji. Otóż nic bardziej błędnego. Po pierwsze: mało kto dzisiaj pamięta, że Napoleon Bonaparte został wybrany cesarzem w drodze powszechnego plebiscytu, a więc procedurą sensu stricto demokratyczną. Po drugie pisarz kilkakrotnie w udzielanych wywiadach prostował tą nieścisłość. „Nie jestem z samej definicji wrogiem demokratycznego systemu, chociaż widzę wiele jego wad. Sokrates został zamordowany werdyktem demokratycznego głosowania, a Hitlera demokratyczne wybory osadziły na tronie. Jednak mająca za sobą długą tradycję, czyli dotarta demokracja, jak w USA czy w Anglii, funkcjonuje według mnie dość dobrze, czasami nawet prawidłowo (…)”[10] – argumentował Łysiak w rozmowie z Andrzejem Tadeuszem Mazurkiewiczem.  Z kolei w wywiadzie, który ukazał się w formie wywiadu-rzeki w książce „Wilk i kuglarz – Łysiak na łamach 4”, pisarz, gdy mu zasugerowano wrogość wobec demokracji rzekł: „Żeby wszystko było jasne, ustalmy, iż w takim samym stopniu jestem wrogiem innych systemów, gdyż nie ma systemu bez wad. Mój donośny głos przeciwko demokracji jest krzykiem przeciwko wmawianiu ludziom, że demokracja to idealny system. Systemowi, w którym władzę może ustanowić większość złożona z durniów lub z łajdaków (…) do ideału raczej daleko”[11].

 

     Spośród tekstów publicystycznych Łysiaka a propos demokracji na szczególną uwagę zasługuje artykuł opublikowany w tygodniku „Najwyższy Czas” pt. „Mietek na prezydenta, czyli 102% demokracji” oraz dwa rozdziały książki „Stulecie kłamców” – dotyczące demokracji na świecie i w Polsce. Zanim jednak przejdę do analizowania powyższych publikacji, przytoczę definicję demokracji autorstwa Łysiaka. Otóż według pisarza demokracja to „system, w którym analfabeci, renegaci lub dewianci mogą – pod warunkiem, że stanowią większość – wybrać do sprawowania władzy państwowej każdego, kto im się podoba (np. złoczyńców lub zdrajców)”[12]. Oczywiście jest to żart, którego jednak nie można bagatelizować. Choćby z powodu jednego słowa: większość. Powszechnie wiadomo, iż jest to wartość niezbędna w każdej działalności, noszącej znamiona demokracji. Jest warunkiem sine qua non systemu demokratycznego. We wspomnianym artykule „Mietek na prezydenta…” Łysiak podaje „poważną” definicję omawianego systemu: „Demokracja (słowo greckie) znaczy: ludowładztwo (‘demos’ – lud, ‘kratos’ – siła, władza). Rządy ludu są czystą teorią, gdyż bezpośrednia władza motłochu (ochlokracja) równałaby się rządom ulicy, ergo: anarchii kompletnej. W istocie więc ludowładztwo sprowadza się do wyborów”[13]. Dalej pisarz podkreśla, co skądinąd jest oczywiste, że o istocie demokracji decyduje liczba: „Większość – jako kreatorka władzy – stanowi fundament systemu demokratycznego”[14].

 

     Właśnie owa „większość” jest przez Łysiaka poddawana szczególnej krytyce. W jego powieści „Statek” jeden z bohaterów literackich wypowiada kpiarsko-ironiczną opinię o fundamentalnej wartości systemu demokratycznego,  argumentując: „Jedzmy gówna, przecież miliony much nie mogą się mylić!”[15]. Z kolei gdzie indziej pisarz przytacza zdanie Aleksandra Hamiltona, fundatora banku USA, który też kpił z „majestatu wielkich cyfr”, stwierdzając, że trudno o system „bardziej fałszywy niż warunkowanie kalkulacji politycznych regułami kalkulacji arytmetycznej”[16]. Współcześni demokraci głoszą tezę, że „większość”, jako wartość nadrzędna systemu demokratycznego, jest gwarantem ładu społecznego i tym samym w najlepszy sposób odzwierciedla wolę „communis opinio”. Łysiak kontrargumentuje: „Na ulicy, na której mieszka trzech świętych i dziesięciu sutenerów, demokratyczne wybory oznaczają rządy sutenerów”[17]. Pisarz zgadza się także ze zdaniem Johna Adamsa, „ojca założyciela” Stanów Zjednoczonych, który mówił: „Twierdzenie, że lud jest najlepszym strażnikiem swych praw, to bzdura niczym nie usprawiedliwiona. Jest on najgorszym, wręcz żadnym ich strażnikiem”[18]. Dlaczego tak jest? Łysiak odpowiada: „Ponieważ większość każdego społeczeństwa tworzą całkowite przygłupy, nie mające dosłownie o niczym pojęcia – ich czynne prawo wyborcze parodiuje rzekomą nieomylność werdyktu elekcyjnego, budując jej przeciwieństwo, zbrodniczość lub komiczność”[19]. Wyrażanie takich opinii obecnie, kiedy na świecie zdecydowana większość państw praktykuje demokrację, jest szalenie kontrowersyjne, a co za tym idzie bardzo łatwo osobę głoszącą podobne poglądy określić mianem „oszołoma”. Nie zmienia to jednak oczywistego faktu, że w każdej zbiorowości ludzkiej jednostki wartościowe, mądre i szlachetne stanowią mniejszość. Najlepszym dowodem, potwierdzającym tezę Łysiaka jest sondaż PBS z 1995 roku,  w którym respondenci w szeregu polityków prawicy umieścili Jacka Kuronia i Ryszarda Bugaja (sic!).

 

     Jednakże nie to jest, według Łysiaka, największą wadą systemu demokratycznego: „Że większość zbyt rzadko feruje sensowny wyrok – winna jest nie zwykła głupota (tępota), ale jej swoista odmiana: indywidualna tudzież zbiorowa łatwowierność (naiwność) ludzi”[20]. Łatwowierność, czy jak kto woli naiwność jest budulcem karier demokratów. Politycy przelicytowują się w obietnicach, gubiąc po drodze zdrowy rozsądek, mając na celu tylko i wyłącznie zdobycie władzy. To dlatego Łysiak pisze, że „demokracja to taki system, który daje tron temu, kto potrafi otumanić większą niż przeciwnik masę ludzką”[21]. Również Rafał Ziemkiewicz widzi sprawę podobnie, gdy w swojej książce „Polactwo” stwierdza, że demokracja w naszym kraju okazała się „chocholim tańcem, w którym politycy, zamiast cokolwiek zaoferować, poczuli się zmuszeni pląsać w lansadach wokół prymitywa, schlebiać mu, łasić się do niego i na wyścigi przedkładać to właśnie, co powinno mu się najbardziej spodobać: że jest wspaniały, że wszystko mu się należy, i że będzie mu lepiej bez żadnego wysiłku (…)”[22]. Kapitalnym podsumowaniem powyższych rozważań jest zdanie biskupa Dyby, którego Łysiak niejednokrotnie cytował: „W demokracji panuje większość, w Kościele prawda. Biskup nie musi być ponownie wybierany, dlatego może mówić prawdę”[23]. Nie tylko w publicystyce Łysiaka znajdują się odniesienia do demokracji, exemplum powieść „Kielich”, w której główny bohater poucza czytelników: „Nie daj się uwieść pstrokatym piórom i syrenim śpiewom tak zwanej demokracji! (…) Już Edmund Burke (…) mówił, że niezbywalnym atrybutem demokracji przedstawicielskiej jest prawo wybranych mandarynów do nieliczenia się ze zdaniem wyborców, czyli do łamania wyborczych obietnic – do zdrady elektoratu przez klasę polityczną. Jeśli nie musisz – nie głosuj!”[24].

 

     Cokolwiek by nie powiedzieć, dobrego czy złego, na temat poglądów pisarza tyczących idei ustroju i formy rządów, nie można przejść obok nich obojętnie. Choćby z jednego powodu, któremu na imię: niezależność. Waldemar Łysiak w swoim przebogatym w różne doświadczenia życiu nigdy nie należał do żadnego związku, stowarzyszenia czy partii politycznej. Mimo współpracy z wieloma periodykami, nigdy nie był formalno-etatowym członkiem żadnej redakcji. Kiedy „Tygodnik Solidarność” przyznał autorowi zaszczytny tytuł „Człowieka roku 2000”, rozeźlony napisał do redakcji tekst w formie listu otwartego, pt. „Prawem wilka, czyli ‘TYSOL’ kontra zmowa umoczeńców”, w którym, między innymi, stwierdza: „Od lat miałem bezapelacyjną i bezdyskusyjną pozycję outsidera. Nigdy nie należałem do żadnej organizacji (nawet do związków zawodowych), do żadnej koterii, do żadnego stowarzyszenia (nawet Putrament nie zagonił mnie do ZLP, chociaż próbował usilnie, nie szczędząc gróźb), do żadnego ‘środowiska’ czy innego zbiorowiska formalnego, co dawało mi poczucie wolności, bez którego żyć nie umiem, nie chcę i nie będę”[25]. Otóż to. Po co to piszę? Ponieważ taki głos wyzbyty wewnątrzśrodowiskowego knebla jest niesłychanie rzadki, a przez to szalenie interesujący. Innymi słowy poglądy, wizje i wyobrażenia Łysiaka za swoje jedyne źródło mają jego mózg i serce. Nie są one uwarunkowane „liniami redakcyjnymi” czy politycznymi programami. Więc autor nikomu nie schlebia i dzięki temu może pisać co myśli i czuje.

 

(…)

cdn.

 

napisz pierwszy komentarz