Nonkonformizm w literaturze politycznej Waldemara Łysiaka (4)

avatar użytkownika nurniflowenola

 

Kolejna, czwarta już, część mojej pracy magisterskiej podobnie jak poprzednia pochodzi z rozdziału trzeciego. W pierszych dniach stycznia możecie ją potraktować jako niekonwencjonalne życzenia noworoczne. Od dwudziestu lat Polska jest “niepodległa”, od obrony mojej magisterki minęło pięć lat, a poniższa treść jest nieznośnie aktualna. Jedynie Geremkowi się zmarło…

 

3.2 Problem lustracji i dekomunizacji

      Ogrom publikacji Łysiaka na ten temat i powaga z jaką pisarz podchodzi do problemów zawartych w tytule poniższego podrozdziału stawia przede mną dylemat: od czego zacząć. W tym miejscu należy zaznaczyć, iż autor jest zdecydowanym zwolennikiem zarówno dekomunizacji jak i lustracji, których przeprowadzenie, jego zdaniem, jest warunkiem sine qua non oczyszczenia polskiego życia publicznego (nie tylko politycznego) oraz prawidłowego rozwoju naszej ojczyzny. Przy czym kwestia dekomunizacji jest dla niego sprawą priorytetową, a lustracja winna być jej naturalną konsekwencją. Pierwszy raz o tej sprawie Łysiak napisał w roku 1993, przerywając swoje „publicystyczne milczenie”. Te kilka wywiadów i kilka artykułów, w których przedstawił swój osąd wydarzeń po roku 1989 są bardzo ostre w swoim tonie, a co za tym idzie niosą ze sobą duży ładunek kontrowersyjności.

     Najważniejszym z powyższych tekstów jest artykuł opublikowany na łamach „Najwyższego Czasu” pt. „Oskarżam!”. Ciekawostką jest fakt, że swego czasu cieszył się on niespotykaną popularnością: w wielu miastach Polski kserowano go, rozplakatowano, a nawet przedrukowywano w formie mini-broszurek.  Na samym jego początku Łysiak pisze tak: „Dwadzieścia lat temu, na kartach mojej drugiej książki („Wyspy zaczarowane”), obiecywałem: ‘Nie ma wiecznych imperiów. Cierpliwości – trawa z czasem zamienia się w mleko’. Jako wykładowca byłem mniej aluzyjny, ergo bardziej konkretny, na co mam ponad dwa tysiące świadków – kilkanaście roczników moich studentów potwierdzi, iż co roku wykład o kulturze Imperium Rzymskiego kończyłem stwierdzeniem, że Imperium Sowieckie też musi upaść, a Polska odzyska wolność i wtedy będzie nam lepiej. Tak właśnie miało być – mieliśmy po wyzwoleniu zbudować system cechowany prawością. Zbudowaliśmy system totalnego kłamstwa”[1]. Po czym pisarz wymienia rodzaje kłamstw, które, w jego mniemaniu, stanowią istotę początków III RP. Są to, między innymi: kłamstwo ekonomiczne, praworządnościowe, dziennikarskie, autorytetowe i prezydenckie. Oczywiście porusza także sprawę lustracji, która zarówno wówczas, jak i dzisiaj (wciąż) budzi wiele kontrowersji, i z którą pisarz wiąże bezpośrednio kondycję państwa polskiego. „Przeciwnicy lustracji kłamią, że dekomunizacja i deagenturyzacja równa się: destabilizacja i chaos gospodarczy. Chaos gospodarczy i destabilizację mamy właśnie dzięki temu, że lustracji nie przeprowadzono. Armia renegatów we władzy jest jak trucizna w organizmie. Wirus w komputerze niszczy program. Czy można odnowić swój dom, zanieczyszczony przez wrogów, bez usunięcia śmieci?”[2]. W tym świetle widać, że autor nie tylko jest zwolennikiem lustracji, co przeciwnikiem tezy o jej szkodliwości.

     Szczegółowo ten problem został poruszony w liście otwartym prawicowych intelektualistów do władz, pod którym swój podpis złożył także Łysiak. Jest to ewenement w biografii pisarza, który jako nonkonformista zaledwie raz wcześniej i raz później (po dzień dzisiejszy) wziął udział w podobnym przedsięwzięciu. W związku z tym listem Łysiak, jako przedstawiciel grupy sygnatariuszy, w dniu 11 grudnia 1994 roku wystąpił w głównym wydaniu „Wiadomości”, gdzie problem lustracji wyłuszczył tak: „Konieczność ujawnienia akt UB, a także konieczność zlustrowania akt SB, to nie jest kwestia gry politycznej czy jakiejś międzypartyjnej przepychanki. Jest to kwestia zwykłego szacunku dla sprawiedliwości. W Polsce, owszem, istnieje prawo, ale nie istnieje sprawiedliwość. I póki nie zostanie ona przywrócona, to znaczy póki mord i wszelaki bandytyzm będą często bezkarne, a umundurowany oprawca będzie miał więcej praw niż ofiara – Polska nie stanie się krajem praworządnym, godnym szacunku. To jest, moim zdaniem, bezdyskusyjne. Nie chciałbym, abyśmy naszym dzieciom i wnukom zostawili wspomnienie o obecnej Rzeczypospolitej jako o grzęzawisku wrogim elementarnej przyzwoitości”[3].

     Powszechnie znane są argumenty antylustratorów. Na początku lat 90-tych ubiegłego wieku padały liczne, często absurdalne, oskarżenia pod adresem propagatorów procesu lustracyjnego, w których chęć rozliczenia, było nie było mrocznej przeszłości, utożsamiano z „żądzą odwetu”, „zwierzęcą nienawiścią” i „polowaniem na czarownice”. Związane jest to ściśle z tzw. „grubą kreską”, teoretycznie mającą oznaczać odcięcie się nowej władzy od systemu komunistycznego, a w praktyce dającą swoistą „carte blanche” ludziom dawnego reżimu. Warto w tym miejscu przytoczyć wypowiedzi ludzi, którzy wówczas, a także dzisiaj, sprawują sporą władzę opiniotwórczą: Bronisława Geremka, Adama Michnika i nie żyjącego już Jacka Kuronia. Profesor Geremek w pierwszych latach III RP apelował: „Nie dajmy się porwać nienawiści i głupocie! (…) Polityka dekomunizacji powoduje krzywdę ludzką”. Jacek Kuroń z kolei ogłaszał: „Rozliczeń nie będzie! Nie bardzo jest ich za co rozliczać” (sic!). Natomiast Adam Michnik wyraził taki pogląd: „Jestem generalnie za abolicją. Bez warunków. Uważam, że okres historycznych rozliczeń, rozumianych jako rozliczenia sądowe, karne, trzeba zamknąć (…) Nie można w kółko żyć obsesją wymierzania sprawiedliwości”. Takie wypowiedzi nie mogły nie spowodować oburzenia apologetów lustracji, w tym Łysiaka.

     Autor w swoim zwyczaju, przy jednoczesnym posiadaniu własnego zdania w rzeczonej kwestii, powołuje się na inne głosy tyczące tej materii. Odpowiadając na michnikową „obsesję wymierzania sprawiedliwości”, czy kuroniowe „rozliczeń nie będzie” cytuje rumuńskiego pisarza Paula Gomę: „Jeżeli ktoś ma na rękach krew, nie można mu tak po prostu przebaczyć. Inaczej naprawdę uwierzy, że sprawiedliwość nie istnieje”[4]. Z kolei wypowiedź francuskiego filozofa A. Besancona, odnosząca się do zaniechania w Polsce rozliczeń z komunizmem, w pełni oddaje punkt widzenia autora. Besancon powiedział: „To jednak niesprawiedliwe, że ludzie, którzy utrzymywali wielki kraj w stanie niewolniczym przez czterdzieści pięć lat, i którzy są odpowiedzialni za jego dogłębną ruinę, podlegają amnestii. Że sam komunizm został amnestionowany w waszym kraju”[5]. Czymś znacznie gorszym, z punktu widzenia Łysiaka, od faktu zaniechania rozliczeń ze spuścizną PRL-u jest brak określenia komunizmu jako systemu sensu stricto zbrodniczego. Na potwierdzenie swojej tezy pisarz przytacza wypowiedzi dwóch profesorów: T. Strzembosza i J. Galarowicza. Ten pierwszy powiedział: „Nie dokonano aktu sprawiedliwości, nie potępiono zbrodni. Poczucie sprawiedliwości jest zgwałcone (…) Wszystko wskazuje na to, że pozostanie nierozliczone całe pięćdziesięciolecie, okres życia dwóch pokoleń Polaków. Jakże to niszczy tkankę społeczną, zmienia hierarchię wartości! Cwaniactwo, hasło ‘śmierć frajerom!’, koniec z praniem brudów, koniec ‘polowań na czarownice’ – trzeba budować przyszłość. Zapomina się jednak, że nie można budować gmachu przyszłości na bagnie przeszłości”[6]. Natomiast Galarowicz, którego pogląd jest identyczny z opinią Łysiaka, napisał: „Skoro komunizm był najbardziej mrocznym i barbarzyńskim systemem w dziejach ludzkości, udawanie, że właściwie nic takiego strasznego się nie stało na naszej ziemi w ciągu minionych ponad czterdziestu lat – to jest owa pierwotna postać zła. Bagatelizując zło, jakie komunizm wyrządził w przeszłości, przymykając oczy na zło, jakie po nim zostało i jakie nadal, niczym złośliwy nowotwór zżera nasz naród. Jeśli nie było zła, nie ma i winy. Czyż może dziwić, że nie potrafimy rozliczyć się z komunizmem?”[7]. To fakt. Nie potrafimy rozliczyć się z naszą historią i myślę, że dopóki tego nie zrobimy – nie będzie odnowy moralnej, przejrzystości życia publicznego i niczym nie skrępowanego rozwoju gospodarczego. Jednocześnie pragnę podkreślić, że nie chodzi tu (co po dzień dzisiejszy słychać z ust przeciwników lustracji) o krwawą vendettę w stylu „a na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”.

     Brak dekomunizacji i lustracji, co widać gołym okiem, skutkuje fatalnym stanem państwa polskiego. Oczywiście antylustratorzy będą w tym miejscu argumentować, że przecież istnieje ustawa lustracyjna i proces oczyszczania trwa, a obecna sytuacja Polski nie ma nic wspólnego z wymienionym wyżej brakiem. Na temat przebiegu lustracji w Polsce, zdaniem Łysiaka, celny osąd wydał P. Semka, który w lipcu 2004 opublikował następujący tekst: „Proces lustracyjny wszedł w życie po wielu latach od upadku PRL i prze cały czas jest obiektem wściekłej kampanii obozu postkomunistów i środowiska ‘Gazety Wyborczej’. Wielokrotnie próbowano lustracje zadeptać lub wręcz wyrwać z korzeniami. Pod podobnym ostrzałem medialnym znajduje się od dnia swego powołania rzecznik interesu publicznego, sędzia Bogusław Niezieński (w grudniu 2004 roku przestał on pełnić tę funkcję – przyp. A.W.). Pod jego adresem wysuwano wulgarne inwektywy i wyrafinowane kłamstwa. Najbardziej haniebnym przykładem tej kampanii była karykatura w ‘Gazecie Wyborczej’, która przedstawiała sędziego Niezieńskiego jako kata ze stryczkiem w kształcie paragrafu”[8]. Jeżeli chodzi natomiast o rzekomy brak korelacji między dekomunizacją i lustracją a sytuacją bieżącej Polski, to w sferze gospodarczej fałszywość tej tezy jest widoczna w trakcie prac sejmowych komisji śledczych (stan na maj 2005 – przyp. A.W.) i nie ma większego sensu analizować tej kwestii, gdyż „koń jaki jest, każdy widzi”. Równocześnie warto zwrócić uwagę na aspekt moralny tego problemu, który jest zaznaczony w cytowanej wyżej wypowiedzi profesora Galarowicza. Kapitalnym zobrazowaniem braku choćby podstawowego rozliczenia zbrodni komunistycznych jest fragment wydanej w 2004 roku książki R. Ziemkiewicza „Polactwo”, gdzie jej autor relacjonuje: „Kilka razy miałem okazję rozmawiać z ludźmi, którzy z racji swych zawodowych zajęć uczestniczą w procesach, mających oddać sprawiedliwość ludziom prześladowanym w czasach peerelu (…) W opowieściach o takich procesach zawsze powtarza się jedno. Kiedy dziś, po piętnastu latach wolności, spotykają się na sali sądowej ofiary i oprawcy (…) – to mamy z jednej strony ludzi w wytartych biednych paletkach i starych butach, a z drugiej tłustych bysiorów o rumianych, zadowolonych gębach, w drogich garniturach albo skórzanych kurtkach – a do tego złoty rolex na ręku i wypasiona fura na parkingu przed sądem. Tak nie jest na tych rozprawach ‘często’ ani ‘przeważnie’ – tak jest na nich zawsze. Tak po prostu wygląda ta Polska, która miała przywrócić sens takim słowom, jak ‘uczciwość’ i ‘sprawiedliwość’, a w której główna troską jej ‘autorytetów moralnych’, które błyskawicznie skumplowały się z czerwonymi, było uchronienie swoich nowych przyjaciół przed ‘nienawiścią’, ‘zemstą’ i rozliczeniami”[9]. Podkreślę jeszcze raz, co napisałem na początku tego akapitu: brak dekomunizacji i lustracji skutkuje fatalną kondycją, w szczególności moralną, w której znajduje się Polska.

     Z punktu widzenia tematu niniejszego podrozdziału najistotniejszym tekstem, ukazującym poglądy Łysiaka jest artykuł zatytułowany „Krysza K-G”, który ukazał się w „Najwyższym Czasie” dnia 12 sierpnia 1995 roku. To w nim pisarz objaśnia dlaczego, jego zdaniem, rzeczywista lustracja powinna się jak najszybciej stać faktem oraz podaje konkretne przykłady kryminogennych zachowań, które są pokłosiem braku lustracyjnego oczyszczenia. Dla lepszego zrozumienia poruszanych w nim problemów objaśnię najpierw znaczenie tytułu. Otóż wyraz „krysza” to rosyjskie słowo, oznaczające (dosłownie) dach. W mowie potocznej, w grypserze przestępców, wyraz ten tłumaczy się jako: patron, protektor lub „plecy” (w znaczeniu posiadania korupcyjnych znajomości). Natomiast skrót „k-g” to pierwsze litery radzieckich służb specjalnych: pierwsza – KGB, a druga – GRU, wywiad wojskowy. Tak więc „Krysza K-G” można tłumaczyć jako „Protektorat KGB i GRU”.

     W pierwszej części tego artykułu Łysiak udowadnia, że dekomunizację i lustrację można (i trzeba) było przeprowadzić bez żadnych obaw o „chaos gospodarczy” i „destabilizację”. Jako przykład podaje casus Republiki Czeskiej: „Nasi południowi sąsiedzi nieomal cudem uniknęli ‘rewolucyjnego’ scenariusza K-G, czmychając spod walca ‘okrągłego stołu’, przy którym bolszewicka bezpieka tudzież wyselekcjonowani przez nią czescy ‘dysydenci’ mieli dzielić czeski łup. Taki scenariusz został w Moskwie opracowany dla każdego KDL-u (Kraju Demokracji Ludowej), lecz w Pradze pokrzyżowało go ‘wymknięcie się aksamitnej rewolucji spod kontroli’ (kilka miesięcy temu Czesi znaleźli w bezpieczniackich archiwach pisemny scenariusz ichniego ‘okrągłego stołu’)”[10]. W roku 1990 w Czechach ścierały się dwa obozy (podobnie jak w Polsce), z których jeden, na czele z Vaclavem Klausem domagał się dekomunizacji, a drugi (Dienstbiera) wyznawał filozofię „grubej kreski”. Łysiak: „Klaus jednak zwyciężył i antykomuniści zaczęli odszczurzać państwo. Trzema prawnymi filarami deratyzowania były: Ustawa lustracyjna (październik 1991), kładąca karierologiczny szlaban współpracownikom aparatu represji i nomenklaturowym renegatom; Parlamentarna poprawka do kodeksu karnego (grudzień 1991), fundująca 5 lat kary za szerzenie komunizmu lub faszyzmu; Ustawa o delegalizacji systemu komunistycznego (lato 1993), ferująca nieprzedawnianie zbrodni komunizmu i dająca jego ofiarom możność dochodzenia swych praw”[11]. W świetle czeskich wydarzeń bardzo wymowny jest fakt, który Łysiak tak opisuje: „Klaus i jego ludzie znokautowali komuchów, tymczasem Zachód ani pisnął o ‘polowaniach na czarownice’, o ‘łamaniu praw człowieka’, o ‘nietolerancji’ – nie chrzaniono żadnych bzdur tego typu, które Polacy znają dzięki sofizmatyce esbecko-udeckiej (od Unii Demokratycznej, która postulowała zaniechanie dekomunizacji – przyp. A.W.)”[12]. Tak więc można było dokonać dekomunizacji i lustracji bez najmniejszego uszczerbku na praworządności i rozwoju gospodarczym, czego tak bardzo obawiano się w Polsce.

     Łysiak w swoim artykule wskazuje także winnych, jego zdaniem, braku podobnych rozwiązań w naszym kraju. Nie są to bynajmniej komuniści, czy postkomuniści. „Mieć pretensje do komunistów, że komuszą, znaczy: mieć pretensje do rekinów-młotów, że rozszarpują kogo popadnie, czyli do biologii – fobia bezsensowna. Pretensje winniśmy mieć do kogoś innego. Do gangu, który – niczym bandzior nazwiska – ciągle zmienia nazwy (KOR, ROAD, UD, UW), i do prezydenta RP (Lecha Wałęsy – przyp. A.W.). Owa spółka, rządząca przez pierwsze lata po ‘wyzwoleniu’, zablokowała dekomunizację Ojczyzny, co brzmiało echem Targowicy i co ułatwiło czerwonym triumfalny come-back (…)”[13] – pisze autor. Trudno z tą tezą się nie zgodzić, ponieważ to, że peerelowski establishment optował za „odpuszczeniem win”, czyli przeciwko  jakimkolwiek rozliczeniom, jest całkowicie zrozumiałe. Jest też faktem, iż czołowi politycy Unii Wolności (Kuroń, Geremek, Mazowiecki), a także Wałęsa („obstawiający lewą nogę”) byli (i są nadal) przeciwni lustracji.

     W tym samym tekście autor podaje przykład, wydarzenie z 1994 roku, które mogło mieć miejsce tylko dlatego, że w Polsce dekomunizacji i lustracji nie przeprowadzono. Chodzi o incydent z Andrzejem Karkoszką, ówczesnym dyrektorem Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego MON. Otóż, jak pisze Łysiak, „Andrzej Karkoszka, delegat Polski na włoskie seminarium NATO, nie został wpuszczony do Włoch. Bezpośrednio z lotniska włoski kontrwywiad odesłał polskiego dygnitarza do domciu. Nie pomógł nawet paszport dyplomatyczny, albowiem (według prasy cudzoziemskiej) w komputerach zachodnich służb specjalnych ten pan figuruje nie jako dyplomata, tylko jako zasłużony agent sowieckiego wywiadu wojskowego GRU”[14]. Brzmi to dość nieprawdopodobnie, ale istnieją daleko idące przesłanki uniemożliwiające zbyć tego wydarzenia terminem „bzdura”, „kłamstwo” lub „bujda”. Mam na myśli artykuł prasowy zamieszczony w „Washington Times” w dniu 22 lutego 1995 roku, traktujący o krajach środkowo-wschodnioeuropejskich należących niegdyś do imperium ZSRR.  Jego autor, J. Michael Waller, wiceprezydent American Foreign Policy Council, stwierdził, że cała wyższa i niższa, centralna i regionalna, polityczna, gospodarcza, finansowa, sportowa, słowem wszelka, administracja tych krajów jest pod ścisłą kontrolą służb rosyjskich. Z jednym wyjątkiem, którym jest Republika Czeska, która przeprowadziła dekomunizację[15].

     Do powyższych dywagacji należy dodać jeszcze jeden aspekt, który Łysiak podnosi w swej publicystyce. Mianowicie w „Stuleciu kłamców” (i nie tylko) autor napisał: „Kłamstwo bitwy przeciwko dekomunizacji polega również na tym, iż niegdysiejsza denazyfikacja była według wszystkich operacją niezbędną i chwalebną, a dekomunizacja – rozliczenie reżimu równie traumogennego co nazizm – jest ukazywana jako wstrętne ‘polowanie na czarownice’”[16]. Jest to bardzo dziwne i niezrozumiałe. Przynajmniej dla mnie.

     Podobnie jak poprzedni podrozdział, tak i ten pragnę podsumować cytatem z powieści Łysiaka „Najlepszy”. Myślę, że ten fragment idealnie obrazuje najnowszą historię Polski: „Dekada, która zaczęła się w 1980 roku narodzinami NSZZ ‘Solidarność’ i zakończyła w roku 1991 rozpadem sowieckiego imperium należy do komedii, tak jak wszystko, co zna Historia. Każda wzniosłość, każda podłość, każda krew i każdy ból – należą do komedii. Tragedia jest tylko jej tłem i nawozem. Komedia jest istotą. Życie jest tragifarsą. Czyż nie jest komiczne, że ludzie, którzy mają najmniej honoru, mają najwięcej o honorze do powiedzenia? Czyż nie jest komiczne, gdy Wilhelm Tell przechodzi z Gesslerem na ‘ty’ i razem piją wino? Czyż nie jest komiczne, że obaleni kaci w generalskich mundurach otrzymują bajońskie renty i emerytury, a ich wyzwolone ofiary przymierają z głodu? Kupa śmiechu”[17]. To prawda. Tylko mnie się nie chce wcale śmiać.

 

napisz pierwszy komentarz