Cicho, cicho, cicho!...

avatar użytkownika FreeYourMind
Wizja płk-a Molibdena jest jak najbardziej słuszna ale tylko przy założeniu, że mamy do czynienia z normalnym państwem polskim, a nie z potiomkinowską wsią zaklepaną przy okrąglaku z moskiewskimi sługusami Jaruzelem i Kiszczakiem, w której to wsi podstawową zasadą uprawiania polityki zagranicznej jest „cicho, cicho, cicho!...”, czyli niedopuszczanie do tego, by Polska była krajem silnym militarnie, niezależnym od sąsiadów, pozbawionym agentury posowieckiej (i innej), samodzielnie stawiającym sobie cele. Zapewniano nas wprawdzie po drodze (do takiego a nie innego stanu), że polityka „cicho, cicho, cicho!...” jest racjonalna, ponieważ członkostwo w NATO a następnie w „UE” zapewni nam niesamowite wprost bezpieczeństwo, takie, że Rosja nawet będzie się bała palcem w bucie kiwnąć w związku z nami, jednakże wraz z przeprowadzanymi przez wojskówkę i Bezpiekę bloku sowieckiego procesami transformacji komunizmu w neokomunizm, Zachód akurat odszedł od filozofii polityki charakterystycznej dla okresu zimnej wojny. Spowodowało to między innymi katastrofalne dla nas zbliżenie NATO do Rosji i tolerowanie jej neoimperialnej polityki, czyli – co szczególnie widzimy w czasie prezydentury Obamy - uznanie praw Moskwy do zagospodarowywania „bliskiej zagranicy”, tj. zarówno posowieckich republik (takich jak Gruzja czy Ukraina), jak i Polski.

Taka postawa gremiów zawiadujących Paktem Północnoatlantyckim (bo o wierchuszce „Unii” w ogóle nie warto pisać, skoro była w stanie przełknąć wszelkie rosyjskie szantaże gazowe, obozy filtracyjne w Czeczenii, zabójstwa dziennikarzy oraz NordStream uderzający wprost w ekonomiczne interesy niektórych krajów „Unii”) wynikała, jak sądzę, z prostej konstatacji: nowe kraje członkowskie, w tym zwłaszcza Polska, w ogóle nie uporały się z posowiecką agenturą, w związku z tym albo nie chcą wrócić do „sfery atlantyckiej”, albo nie mogą. Postawa establishmentu III RP (z nielicznymi wyjątkami, o których doskonale wiemy – część tych osób zresztą pochowaliśmy niedawno na polskich cmentarzach) świadczyła, że nawet gdyby on mógł, to by wcale nie chciał całkowicie uniezależnić się od Moskwy, czyli przeciąć, że tak powiem „razwiedkową pępowinę” (w tym kontekście znamienna i rokująca dla naszego kraju jak najgorzej jest postawa Komorowskiego). No więc, jeśli ludziom zajmującym się sprawami Polski na tym nie zależało, to dlaczego NATO miało nas traktować jako normalnego, pełnoprawnego członka Paktu?

Z kolei postawa tegoż prorosyjskiego establishmentu (wyrażająca się w formule „cicho, cicho, cicho!..”) przyjmowała przez te 21 lat następujące formy: najpierw właściwie nie widziano potrzeby, by likwidować „Układ Warszawski” i wyprowadzać armię czerwoną z Polski – nie chciano bowiem „drażnić Rosji” tym, że Polska może mieć militarne aspiracje kłócące się z tym, co wypracowała Moskwa w okresie kilkudziesięcioletniego powojennego okupowania naszego kraju. Potem jednak – po likwidacji „Układu Warszawskiego”, pod wpływem narastającego nacisku społecznego („Soviets Go Home”) i w związku z „rozpadem ZSSR” – jednak wyprowadzono wojska posowieckie (jak pamiętamy jednak chciano zapewnić służbom posowieckim możliwość tworzenia agend w byłych bazach armii czerwonej), choć były też tak chore pomysły jak NATO-bis, jak tez pamiętamy. W końcu jednak weszliśmy do Paktu Północnoatlantyckiego, ale na zupełnie innych zasadach niż się spodziewaliśmy, a więc z gwarancjami bezpieczeństwa sprowadzającymi się do poklepywania po plecach i fajnych zapisów na papierze – nieustannie bowiem uwzględniano zastrzeżenia Moskwy i groźby (ze straszeniem bronią nuklearną włącznie) w stosunku do jakichkolwiek prób (zwłaszcza amerykańskiego) dozbrajania czy wzmacniania Polski. Po 10 kwietnia zaś reakcja NATO na katastrofę smoleńską sprowadzała się do minuty ciszy w intencji ofiar.

Problemem Polski – widzimy to wyraźnie nie tylko po tych wszystkich latach, ale szczególnie po „drugim Katyniu” – nie jest wyłącznie Rosja i jej neoimperialne zapędy, których ona wcale nie kryje i przynajmniej jest w tym konsekwentna, lecz: zatrważająca w swej liczbie agentura w polskich mediach, w nauce, w polityce, w kulturze. Są to ludzie, którzy na dzwonek tresera podrywają się i zaczynają mówić jednym prorosyjskim głosem w myśl hasła „cicho, cicho, cicho!...” Rosji bowiem, zdaniem tych wszystkich agentów, szczególnie nie wolno drażnić, gdy jest rozdrażniona.

Usłyszałem niedawno, że straszne „żelazne hufce IV RP widzi” ponoć przewybitny przedstawiciel inteligencji polskiej, Tomasz Nałęcz. Osoby tego właśnie pokroju zagrożenie dla Polski widzą w środowisku ludzi, które jasno formułuje potrzebę wzmacniania gospodarczego i militarnego Polski oraz trwałego uniezależniania od Moskwy. Sumieniami osób takiego jak Nałęcz (czy zlinkowany poniżej Skalski) pokroju tragedia smoleńska nie wstrząsnęła, mimo że zginęło wtedy wiele czołowych osób związanych z ich lewicowym, prorosyjskim obozem. Do osób tych nie przemawia nawet to totalne dziadostwo smoleńskiego lotniska ani wołająca o pomstę do nieba rosyjska akcja ratownicza (bo o dezinformacji nie wspomnę, skoro sam Nałęcz się w nią włączał w tygodniu żałoby).

Można więc z dużą dozą prawdopodobieństwa sądzić, że gdyby w tych właśnie potiomkinowskich warunkach ktokolwiek chciał urządzać akcję militarną związaną ze śmiercią polskiego Prezydenta i całej delegacji lecącej do Katynia, to właśnie partia zagranicy w Polsce pierwsza by wystąpiła ze spontanicznymi protestami przeciwko tego rodzaju działaniom. Na zasadzie: „cicho, cicho, cicho!...” właśnie.

http://molibden.salon24.pl/174643,tak-moglo-byc
http://kajetanskalski.salon24.pl/174756,juz-to-czytalem-pulkowniku-molibden

1 komentarz

avatar użytkownika Anda

1. Cicho..

Nie ma cicho.
Przeczytałem dawno temu,że ustawa w polskim Sejmie kosztuje 5 milionów złotych.
Trzeba oszczędzć.