"Przyszłość języka i wizerunku neopeerelu"

avatar użytkownika FreeYourMind
Tak powinna się nazywać debata przeprowadzona w redakcji „Nowego Państwa” z udziałem tak szacownych gości, jak A. Zybertowicz, J. Kwieciński i B. Wildstein, a prowadzona przez J. Darskiego, ku mojemu zdziwieniu bowiem, jednym z wiodących tematów (jeśli nie najważniejszym) było to jak mówić i opisywać „III RP”. Zybertowicz używał wprost terminu „narracja” (a nawet oksymoronu „narracja prawdziwościowa” (!)), wykonując w ten sposób ukłon w stronę języka neomarksizmu, czyli postmodernizmu, który to język, jak sądziłem do tej pory, ma zakaz wstępu do debaty konserwatywno-niepodległościowej.

Wszystko zaczęło się od użycia przez Darskiego określenia „poczucie zaszczuwania” (Polaków przez media). Zybertowicz już na wstępie stwierdził, że „język, który jest niewydajny, odstrasza”, zaś Kwieciński zaczął się zastanawiać, czy chodzi o zdefiniowanie sytuacji, czy o szukanie dróg naprawy – jedynie Wildstein uznał, że można z powodzeniem wskazać grupę Polaków zaszczuwanych przez środki przekazu, mówiąc o audytorium RM i TV Trwam. Dyskusja na chwilę zeszła na temat społecznego znaczenia tragedii smoleńskiej, wnet jednak powróciła znowu do kwestii właściwego języka, gdy Darski sięgnął po sformułowanie „struktury ukryte, mafijne”.

Zybertowicz skwitował to m.in. tak: „To, co się w Polsce dzieje od momentu, gdy PiS uzyskał władzę, pokazuje, że zapotrzebowanie na narrację opartą na argumentach prawdy i fałszu w debacie publicznej jest bardzo ograniczone. Spora część elektoratu nie jest wrażliwa na tę narrację w odniesieniu do zjawisk władzy” - i po chwili dodał - „(...) Inna narracja – roszczeniowa – była bardziej wydajna”. Wildstein natomiast stwierdził, że nie zgadza się z tezą o wzroście tolerancji (w społeczeństwie polskim) na nieprawdę.

Wobec tego, nieco skołowany Darski, zadał pytanie ratunkowe – o to, jakiego języka należy dziś używać. I tu Zybertowicz stwierdził, że mówienie o mafijności już jest oferowaniem komuś jakiegoś punktu widzenia, bo: „Dla jednych mafijne stosunki są jasno widoczne. Ale dla wielu innych nie.” Wildstein zaś stwierdził, że termin „mafijne stosunki” może być nieadekwatny, gdyż „mafia jest gdzieś na obrzeżach” - stąd też lepsze (jego zdaniem) wydaje się pojęcie „oligarchizacji jako zamkniętego układu”. Po czym przetoczyła się dyskusja na temat tego, czy z kolei oligarchizacja jest widoczna czy nie, a jeśli tak, to dla kogo. Zybertowicz więc po chwili tak zdiagnozował sytuację, z perspektywy metajęzykowej: „Przekaz, żeby był nośny, musi odwołać się do doświadczeń tej części elektoratu, do którego zamierza się dotrzeć. Czy środowiska niepodległościowe rozumieją, jakie problemy są w horyzoncie poznawczym 30latka, który przyjeżdża z prowincji, znajduje pracę w Warszawie, zarabia lepiej niż jego rodzice, a jednak napotyka rozmaite bariery zawodowe i życiowe?”

Istota rzeczy rozbija się tedy – jak można sądzić z debaty, w której najwięcej miejsca zajmują wypowiedzi Zybertowicza – o właściwe obrazowanie i wyjaśnianie tego, co się dzieje w neopeerelu, choć przecież sam Zybertowicz przyznaje pod koniec rozmowy: „Ludzie PO, jej nieświadoma i świadoma klientela symboliczna i materialna świetnie czują się w przestrzeni palikotycznych standardów komunikacyjnych, nie wyobrażają sobie prawdziwego pluralizmu w mediach. Pluralizmu, przy którym nie wystarczyłoby rzucić myśl dnia i mieć spokój, że pudła rezonansowe będą ją replikować do wieczora. Ta klientela nie wyobraża sobie wolności badań historycznych (…), niezależnej publicystycznej biografistyki, (…) młodego pokolenia badaczy społecznych, którzy są wolni od mentalności postkolonialnej, którzy nie wstydzą się swoich rodziców i dziadów, bo to w naszej tradycji narodowej znajdują fundament dla krytyki współczesności.” Czytając ten wywód z kolei można by z powodzeniem postawić zarzut używania niewłaściwego języka i „narracji prawdziwościowej”.

Zauważyłem już od dłuższego czasu, że „problem właściwego języka i obrazu” odnoszących się do „III RP” stanowi jakiś gordyjski węzeł dla środowisk konserwatywno-niepodległościowych, tak jakby nieważne były rzeczy i zjawiska, do opisu których „język i obraz” są wykorzystywane. Przy takim punkcie wyjścia podstawowym celem debat staje się metajęzykowa praca u podstaw nad tym, „jak o współczesnej Polsce mówić do ludzi”, a nie nad tym, które sfery rzeczywistości społeczno-politycznej czy ekonomicznej są patologiczne oraz jak te patologie zwalczać. Nie muszę dodawać, że przy takim ujęciu sprawy, mimowolnie zakłada się buty „dyskutantów salonu”, którzy właśnie nic innego od 21 lat nie robią, jak przesuwają sferę problemów realnych (tj. związanych z rzeczywistymi zagrożeniami dla funkcjonowania państwa, zagrożeniami dla obywateli etc.) do obszaru „niewłaściwego języka”. Stąd też biorą się „analizy” językoznawców, pochylających się z ostrożnością radiologa badającego napromieniowaną tkankę nad „mową nienawiści”, „językiem IV RP”, „dyskursem prawicy” itd. Dla „salonowych” ekspertów przecież patologiczne zjawiska we współczesnej Polsce NIE istnieją – istnieją tylko (urojonych zjawisk) patologiczne ujęcia. Ileż to śmichów-chichów urządzała sobie komunistyczna „Polityka”, komunistyczny „Przegląd” i inne tego rodzaju „czasopisma” dla ubogich intelektem, wokół „języka PiS-u”, wokół samych wyrażeń typu „walka z układem” czy „dekomunizacja”.

Wchodzenie w buty „metajęzykowych” salonowców, to jedno. Jest jeszcze drugie niebezpieczeństwo tego rodzaju debat: branie za rzeczywistość tego, co jest (medialną) iluzją obrazu świadomości społecznej i parodią języka debaty publicznej. Wiemy skądinąd, że neokomunistyczne media kłamią, a więc, że zafałszowują, deformują, kreują obraz rzeczywistości. Jeśli to wiemy, to powinniśmy też wiedzieć, że wypaczają one obraz świadomości przeciętnego Polaka oraz wykrzywiają (formując na kształt peerelowskiej nowomowy) język debaty publicznej. Nie możemy zatem przyjmować „obrazu przeciętnego Polaka” – obrazu wytwarzanego w biurach projektów socjotechnicznych – za prawdę (tę uwagę kieruję a propos socjologicznego portretu przeciętności, sporządzonego w tej dyskusji przez Zybertowicza). Nie możemy też neokomunistycznej nowomowy brać na serio i uznawać za normę do prowadzenia zwykłej Polaków rozmowy.

Słowem, nie dajmy się zwariować. Na debatach o tym, jak należy mówić do Polaków, bo określeń „mafia” czy „oligarchia” (czy choćby „złodzieje”) nie zrozumieją lub nie zaakceptują – moglibyśmy spędzić resztę życia, a „salon” by nam tylko przyklaskiwał. Jestem pewien, co zresztą potwierdziło wielokrotnie moje doświadczenie, że zwykli Polacy (sam się do nich zaliczam, nawiasem mówiąc) mają naprawdę bardzo dokładne rozpoznanie stopnia sitwiarskiego spenetrowania przeróżnych struktur – od urzędniczych, poprzez akademickie, na biznesowych kończąc – gdyż o działalności sitw dowiadują się owi Polacy, załatwiając sprawy (mieszkaniowe, budowlane, prawne etc.), studiując lub robiąc interesy (a zwłaszcza uczestnicząc, tzn. usiłując uczestniczyć, w „przetargach”). Problem więc nie polega na tym, by Polakom o sitwach (mafii, oligarchii, złodziejach itd.) mówić za pomocą odpowiedniego, uładzonego języka, tylko by pokazać im, że z tymi sitwami można walczyć – skutecznie, faktycznie, realnie, a nie tylko werbalnie.

I jeszcze jedna uwaga na deser. Gdyby „narracja prawdziwościowa” (przepraszam, że się czepiłem tej frazy Zybertowicza, ale wydaje mi się ona wyjątkowo nietrafiona) była „niewydajna”, to Ministerstwo Prawdy nie posyłałoby swych ciężkich zagonów do medialnego zwalczania, lżenia i wyszydzania na wszelkie możliwe sposoby „niszowych pisemek prawicowych”, „rydzykowców”, „pisowskich dziennikarzy”, „pisowskich naukowców” itd. - tylko pracowałoby spokojnie nad dalszą, neokomunistyczną, inżynierią dusz – tak jak się to robiło za Stalina. Nie należy zatem wzdragać się przed (nawet bardzo ostrym) językiem prawdy – skoro żyjemy w takim systemie kłamstwa, jakim jest III RP. Przeciwnie – trzeba prawdę wykrzykiwać na całe gardło, tak by kłamcy i oszczercy czuli bojaźń i drżenie oraz dostawali zdrowej biegunki.




Nowe Państwo” 7/2010, „Archipelag polskości” (s. 8-13).
http://www.niezalezna.pl/article/show/id/37153 (T. Sakiewicz vs B. Wildstein)
http://www.fronda.pl/news/czytaj/wydarzenie_bez_precedensu (P. Śpiewak o tym, że „prawica chce zrobić zbrodnię” z tragedii smoleńskiej)

2 komentarze

avatar użytkownika elig

1. @Free Your Mind

To całe towarzystwo dało się zaczarować różnym magikom od pijaru /w rodzaju Mistewicza/, którzy od kilku lat wmawiaja nam, że liczy się postpolityka, wizerunek, pijar, narracja i inne podobne bzdety, zamiast faktów, interesów i powiązań. Jest to ostatnio najmodniejsza metoda robienia "wody z mózgu". Off topic - polecam artykuł Leszka Szymowskiego "Dowody matactwa" w ostatnim numerze "Najwyższego Czasu" n.t. tragedii smoleńskiej. Omawiam go też w mojej notce w BM24.

avatar użytkownika nielubiegazety2

2. Wszyscy są głupi

a zwłaszcza ci, którzy wreszcie zrozumieli (zobaczyli i uwierzyli), że jest po prostu za mało i jakoś do tego co brakuje trzeba dotrzeć. Zrozumieli że polityka to też towar i potrzebny jest marketing, że jest grupa potencjalnych nabywców, która nie rozumie dotychczasowego języka (tak po prostu) i tak już jest na tym podłym świecie, że na towar opakowany w zatłuszczoną gazetę, choćby i najprawdziwszą popyt jest ograniczony.

Ten świat do tego jest tak podle urządzony, że aby rządzić trzeba mieć większość, niekoniecznie świętą rację, choć to się nie wyklucza.

nielubiegazety2