Św. Jan Maria Vianney, Wyznawca, Proboszcz z Ars

avatar użytkownika intix

.





      

       Żywot świętego Jana Vianney, Proboszcza z Ars
       (żył około roku Pańskiego 1859)

       Życie tego świętego Kapłana było prawdziwie apostolskie, pełne pracy i cnót, w łaski Boże nadzwyczaj obfite.

       W strasznych czasach wielkiej rewolucji, gdy Francja jęczała jeszcze pod ciężarem najokrutniejszego prześladowania, kiedy burzono kościoły, zabijano Kapłanów, a gilotyna pochłaniała tysiące ofiar, w Darchily, niewielkiej wiosce, o milę drogi od Lyonu, jaśniał cnotami mały Jan Vianney, syn biednych, ale pobożnych rodziców.

       Gdy liczył cztery lata, zginął pewnego razu matce, która jak Maryja Jezusa, szukała go z sercem przepełnionym żałością; po długich poszukiwaniach znalazła go nareszcie, nie w świątyni wprawdzie, ale w najciemniejszym zakątku obory, klęczącego w wielkim skupieniu przy żłóbku. Jak Maryja, tak i ta pobożna matka, robiła małemu Janowi wyrzuty za przykrość, jaką jej wyrządził. Zakłopotane i zasmucone dziecię przepraszało ją za wyrządzoną przykrość, obiecując poprawę.

       Gdy cokolwiek podrósł, kazano mu paść trzodę. Zauważono wtedy, że i przy tym zajęciu zawsze się modlił. W stosunkach z rodzicami, rodzeństwem i całym otoczeniem okazywał początki wielkich cnót, którymi później zajaśniał.

       Zawsze oddany ćwiczeniom pobożnym i dobrym uczynkom, gdy dorósł zapragnął zostać Kapłanem. Ukończywszy szkoły i Seminarium, gdzie przyświecał kolegom jako wzór cnót, został w roku 1815 wyświęcony na Kapłana. Przez dwa lata był Wikarym w Ecully, gdzie najpiękniejszą po sobie zostawił pamięć, a potem Proboszczem w Ars w południowej Francji.

       W początkach i w pierwszej połowie XIX wieku, wielu Kapłanów gorliwie pracowało nad zacieraniem śladów panowania nieprzyjaciół Wiary za niedawno minionej rewolucji. Najgorliwszym pomiędzy nimi i najzasłużeńszym był Ksiądz Vianney. Parafia w Ars, w tym czasie gdy ją obejmował, pogrążona była w największej nędzy duchowej. Cnota była tu mało znana, a jeszcze mniej wykonywana, prawie wszyscy zeszli z dobrej drogi i zaniedbali zupełnie troskę o zbawienie duszy.

       Upominał ich święty Proboszcz, nauczał, płakał nad nimi i modlił się za nich. Pan Bóg błogosławił pobożnym jego usiłowaniom, grzesznicy się nawracali, dobrzy stawali się lepszymi, a wielu zaczęło nawet wykonywać rady ewangeliczne. Ksiądz Vianney nauczał nie tylko przy konfesjonale i z ambony, ale w polu, na ulicy, pod strzechą domową, wszędzie i przy każdej sposobności. Ukochał swych parafian jak matka swoje dzieci. Poświęcił się im zupełnie, był uprzejmym, usłużnym, łaskawym dla wszystkich, nigdy nikomu serca ni grosza nie skąpił, i wszystkim co miał, służył parafii. Tak wszystkich do siebie przywiązał, że prawda, która ich dawniej przestraszała i odpychała, dzisiaj, nauczana przez ukochanego Proboszcza, została uznana; sami teraz biegli naprzeciw niej, garnęli się do niej całą duszą. Tak pokochawszy swego pasterza, jednej się tylko rzeczy obawiali, to jest aby go czym nie zasmucić. Ta bojaźń silniej powstrzymywała ich od grzechu, aniżeli głos sumienia.

       Ludzie z sąsiednich parafii śpieszyli do stóp świątobliwego Kapłana, klękali przed jego konfesjonałem, słuchali jego nauk z kazalnicy i odchodzili pełni zachwytu i uwielbienia. Mówiono coraz głośniej o świętości Księdza Vianney, a nawet o jego cudach, jakie miały się dziać za jego sprawą.

       Inni księża, zaniepokojeni tymi niezwykłymi objawami, których pojąć nie mogli, a po części powodowani zazdrością, oskarżali Księdza Vianney o niewczesną gorliwość i brak roztropności; niektórzy zabraniali swym parafianom spowiedzi u niego i pielgrzymek do Ars, głosząc publicznie z kazalnicy o ich szkodliwości i niebezpieczeństwie.

       Wszystkie te niesprawiedliwe obwinienia znosił Ksiądz Vianney z cierpliwością i pokorą, nie ustając w gorliwym spełnianiu swych obowiązków, księża jednak nie przestali go prześladować, a w końcu oskarżyli go przed Biskupem jako nieroztropnie gorliwego i nieudolnego kapłana, pełnego przesady, dziwactw, śmieszności i przynoszącego w ten sposób więcej szkody niż pożytku Kościołowi.

       Biskup okazał się roztropniejszym od nich. Przypuszczając, że ich doniesienia mogą być błędne, a podejrzenia nieuzasadnione, postanowił przed wydaniem sądu poznać Księdza Vianney i od pierwszego widzenia pokochał go za jego prostotę, pobożność i pokorę. Odtąd stawał zawsze po jego stronie i wyrażał się o nim z wielką czcią i uwielbieniem. Prześladowania ze strony duchowieństwa ustały niebawem, ale nastąpiły inne ze strony świata, tego odwiecznego nieprzyjaciela cnoty i świętości. Ksiądz Vianney stał się ofiarą najniegodniejszych oszczerstw; obwiniano go o złe obyczaje, zasypywano bezimiennymi listami pełnymi obelg, rozwieszano paszkwile na murach plebanii, ale ten prawdziwie święty Kapłan znosił to wszystko z bezprzykładną cierpliwością, pomny słów Zbawiciela: "Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem ich jest królestwo niebieskie".

       Po ośmiu latach prześladowania ustały. Najzawziętsi przeciwnicy Księdza Vianney stali się jego wielbicielami, a duchowieństwo, pozbywszy się zupełnie swych uprzedzeń, uczciło świątobliwego Kapłana i pokochało go całym sercem.

       Daleko i szeroko rozchodziła się sława świętości Księdza Vianney, chociaż skromny i pokorny Proboszcz wcale jej nie szukał. Tłumy ludzi rozmaitego stanu i stopnia wykształcenia z całej Francji i z innych krajów śpieszyły doń, aby go widzieć, słyszeć i łaskę Boską za jego pośrednictwem otrzymać, a on pocieszał nieszczęśliwych, krzepił słabych, nawracał niedowiarków i grzeszników, cudownie uzdrawiał chorych. Pielgrzymki te trwały lat trzydzieści, a nadzwyczajne cuda, które je spowodowały, w niczym nie ustępują tym, jakie znajdujemy w opisach dawnych żywotów Świętych.

       Oto co mówi jeden z pielgrzymów:

       "Od czasu, gdy miałem szczęście spowiadać się przed Księdzem Vianney i przyjąć Komunię Świętą z jego rąk, czuję się tak szczęśliwym, że wszystkie troski życia stały mi się lekkimi".

       Inny znowu opowiada: "Nie mogę wyjść z podziwu na wspomnienie tego, co widziałem w Ars. Zrobiło to na mnie tak silne wrażenie, że zupełnie pozbyłem się niedowiarstwa. Dzieją się tam cuda: grzesznicy nawracają się, chorzy biorą uzdrowienie, ślepi widzą, głusi słyszą, chromi chodzą, rozmnaża się chleb, wino, zboże. Ten Ksiądz Vianney to prawdziwy sługa Jezusa, prawdziwy Święty. Nigdy nie przestanę dziękować Bogu, że mię do Ars zaprowadzić raczył, bo jestem szczęśliwy, odzyskawszy wiarę i spokój duszy".

       Pewien niedowiarek, świadek cudów Księdza Vianney, przystąpiwszy do niego, rzekł: "Panie, chciałbym wierzyć, ale nie mogę. Co mam czynić?" - "Mój synu, - odrzekł święty Kapłan" - "zbliż się do Boga, a Bóg zbliży się do ciebie. Łaska Jego oświeci twój umysł i uwierzysz, gdy się wyspowiadasz". Słowa te trafiły do serca młodego niedowiarka, upadł na kolana przed konfesjonałem i wyspowiadawszy się ze skruchą powstał zupełnie nawrócony.

       W nauczaniu Księdza Vianney, wzruszającym i pełnym naturalnej prostoty, była mądrość św. Augustyna i Tomasza z Akwinu, chociaż nie posiadał ani geniuszu, ani olbrzymiej wiedzy tych Ojców Kościoła, a jego pokora, miłosierdzie i życie ascetyczne stawiały go na równi ze św. Franciszkiem z Asyżu. Najwięcej czasu poświęcał słuchaniu spowiedzi, konfesjonał jego był w ciągłym oblężeniu, a ilu słabych na duszy spowiedź jego pokrzepiła, ilu nieszczęśliwych od rozpaczy uratowała i pocieszyła, ilu grzeszników i niedowiarków nawróciła, nikt tego nie policzy. Pomimo słabego zdrowia i cierpień, które znosił z bezprzykładną rezygnacją, nie zaniedbał umartwień i nie ustawał w pracy, aż w r. 1859 świątobliwy żywot równie świątobliwą śmiercią zakończył.

       Zgon jego wywołał powszechny żal. Tłumy ludzi zbierały się u jego grobu, a liczne cuda dawały i dają świadectwo o świętości zmarłego Kapłana.

       Wkrótce po śmierci Księdza Vianney Stolica Apostolska rozpoczęła proces nad badaniem życia i cudów zdziałanych za jego przyczyną. W poczet Świętych policzył go Ojciec św. Pius XI w roku 1925.

       Nauka moralna

       Św. Jan Vianney to przepiękny przykład i wzór dla każdego Kapłana katolickiego, a szczególnie dla Proboszczów. Jan Vianney, chociaż nie odznaczał się ani silnym zdrowiem fizycznym, ani wielkimi zdolnościami umysłowymi, dokonał przecież wielkich dzieł na ziemi, jako skromny Proboszcz w biednej, zaniedbanej parafii, którą podniósł duchowo bardzo wysoko.

       Tego wielkiego dzieła dokonał nie tylko słowem, ale i czynem, bo sam prowadził życie bardzo umartwione, wyzbywając się wszelkich wygód, aby tylko móc pomagać biednym. Szczególnie odznaczał się gorliwością w nawracaniu grzeszników, w czym i Bóg mu szczodrze błogosławił, bo nawet najzatwardzialsi grzesznicy pod wpływem jego zbawiennych słów nawracali się i czynili pokutę.

       Toteż zupełnie słusznie Ojciec św. Pius XI powiedział w Homilii podczas kanonizacji tego Świętego, że tylko Duch Święty może w cudowny sposób z człowieka nawet nieuczonego uczynić najzdolniejszego rybaka ludzi.

       Spośród wielu cnót, którymi jaśniał św. Jan Vianney, na pierwszy plan wysuwa się cnota wielkiej pracowitości jako duszpasterza. Lwią część dnia, a często i nocy poświęcał on słuchaniu spowiedzi.

       Św. Jan Vianney jest pod każdym względem jednym z najbardziej przystępnych wzorów do naśladowania dla Kapłanów, zajmujących się pracą parafialną, tym bardziej, że działo się to wszystko w bardzo bliskich nam czasach i pod względem warunków zewnętrznych bardzo do dzisiejszych podobnych.

       Daj nam Boże dzisiaj więcej takich Kapłanów-proboszczów, a zło moralne, które rozlało się jak morze po całej ziemi, szybko zniknie, ustępując miejsca cnotom chrześcijańskim.

       Modlitwa

       Boże wszechmogący, błagam Cię i proszę pokornie ze względu na zasługi, świątobliwe życie i gorliwość sługi Twego, Jana, ażebyś po wieki wieków raczył darzyć Kościół Święty Kapłanami, którzy by żarliwie bronili Twej chwały i pod każdym względem służyli za przykład owieczkom powierzonym ich pieczy. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w niebie i na ziemi. Amen.


Za: Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku - Katowice/Mikołów 1937r.




      
       Cudownie zachowane ciało

       PROBOSZCZ Z ARS - prostota świętości
 



      

       Święty Jan Maria Vianney (1786-1859)
    
       Św. Proboszcz [Jan Maria Vianney] dbał nie tylko o swoje wewnętrzne przygotowanie do Mszy św. Z taką sama troską zabiegał o to, aby wszystko co służy dla sprawowania Świętych Tajemnic było wspaniałe i piękne. Paramenty liturgiczne nigdy nie wydawały mu się dość wspaniałe. Pragnął mieć wszystko, co najlepsze. Kielich chciał mieć ze szczerego złota, gdyż najpiękniejszy z tych, jakie posiadał, nie zdawał mu się godnym Krwi Chrystusowej. To samo tyczyło się wystroju kościoła. Ten, który za zbytnią rozrzutność uważał posiadanie nawet najbardziej potrzebnych rzeczy, jak choćby wygodne łóżko z siennikiem, dla chwały Boga nie żałował niczego. Z Lyonu, dzięki hojnym ofiarodawcom, sprowadzał wszystko co najlepsze. Szaty z jedwabiu i złotej lamy, relikwiarze, monstrancje i inne precjoza. Z zeznań świadków wiemy, iż z prawdziwą przyjemnością patrzyło się na niego i słuchało się go, gdy otwierał ciężkie paki, przywiezione z Lyonu (…) Śmiał się wówczas i płakał jednocześnie, jak dziecko. Pokazując przywiezione paramenty zwykł mawiać: Moi kochani, a w niebie wszystko będzie jeszcze piękniejsze!

       (opr. dk. Jacek Jan Pawłowicz, cyt. za: F. Trochu, Proboszcz z Ars, Kraków 2009, s. 235, 126)
.



      

       Błogosławiona powinność człowieka: modlić się i miłować

       Pamiętajcie, dzieci moje: skarb chrześcijanina jest w Niebie, nie na ziemi. Dlatego gdzie jest wasz skarb, tam też powinny podążać wasze myśli.

       Błogosławioną powinnością i zadaniem człowieka jest modlitwa i miłość. Módlcie się i miłujcie: oto, czym jest szczęście człowieka na ziemi.
       
       Modlitwa jest niczym innym jak zjednoczeniem z Bogiem. Jeśli ktoś ma serce czyste i zjednoczone z Bogiem, odczuwa szczęście i słodycz, które go wypełniają, doznaje światła, które nad podziw go oświeca. W tym ścisłym zjednoczeniu Bóg i dusza są jakby razem stopionymi kawałkami wosku, których już nikt nie potrafi rozdzielić. To zjednoczenie Boga z lichym stworzeniem jest czymś niezrównanym, jest szczęściem, którego nie sposób zrozumieć.

       Nie zasługujemy na dar modlitwy. Ale dobry Bóg pozwolił, abyśmy z Nim rozmawiali. Nasza modlitwa jest najmilszym dlań kadzidłem.

       Dzieci moje, wasze serce jest ciasne, ale modlitwa rozszerza je i czyni zdolnym do miłowania Boga. Modlitwa jest przedsmakiem Nieba, jest jakby zstąpieniem do nas rajskiego szczęścia. Zawsze przepełnia nas słodyczą; jest miodem spływającym do duszy, który sprawia, iż wszystko staje się słodkie. W chwilach szczerej modlitwy znikają utrapienia jak śnieg pod wpływem słońca.

       Modlitwa sprawia także, iż czas mija tak szybko i tak przyjemnie, że nawet nie zauważa się jego trwania. Posłuchajcie: Kiedy byłem proboszczem w Bresse, zdarzyło się, iż prawie wszyscy okoliczni proboszczowie zachorowali. Pokonywałem wówczas pieszo duże odległości, modląc się stale do Boga, i zapewniam was, wcale mi się nie dłużyło.

       Są tacy, którzy jak ryby w falach całkowicie zatapiają się w modlitwie. Dzieje się tak dlatego, że całym sercem są oddani Bogu. W ich sercu nie ma rozdwojenia. O, jakże miłuję te szlachetne dusze! Święty Franciszek z Asyżu i święta Koleta oglądali naszego Pana i rozmawiali z Nim, podobnie jak my rozmawiamy między sobą.

       My natomiast, ileż to razy przychodzimy do kościoła nie wiedząc, jak się zachować ani o co prosić? Kiedy idziemy do kogoś, wiemy dobrze, po co idziemy. Co więcej, są tacy, którzy zdają się mówić do Pana: "Powiem kilka słów, żeby mieć już spokój". Myślę często, że gdy przychodzimy, aby pokłonić się Panu, otrzymamy wszystko, czego pragniemy, jeśli tylko poprosimy z żywą wiarą i czystym sercem.

       MODLITWA

       Módlmy się. Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty obdarzyłeś świętego Jana Marię godną podziwu gorliwością apostolską, + spraw, abyśmy za jego przykładem i wstawiennictwem * przez chrześcijańską miłość zyskiwali dusze braci dla Ciebie i razem z nim osiągnęli wieczną chwałę. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, + który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, * Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

Z katechezy św. Jana Marii Vianneya, Kapłana
(Catechisme sur la priere:
A. Monnin, Esprit du Cure d'Ars, Paris 1899, 87-89)

Za: brewiarz.pl - Godzina czytań z dn. 4.08.2017r.

       



.

8 komentarzy

avatar użytkownika intix

1. Św. Jan Maria Vianney - Nauka o Mszy Świętej


KAZANIA
NIEDZIELNE I ŚWIĄTECZNE

ŚW. JAN MARIA VIANNEY
PROBOSZCZ Z ARS
––––––––

Nauka o Mszy świętej

"Na każdym miejscu poświęcają i ofiarują Imieniu Memu ofiarę czystą". (Malach. I, 11).


       Wiadomo, że człowiek jako stworzenie powinien Bogu składać cześć całą istotą swoją i dla ekspiacji zanosić ofiary. Dlatego w Starym Zakonie ofiarowano Bogu codziennie w świątyni mnóstwo ofiar, które nie mogły Bogu całkowicie zadosyć uczynić za grzechy ludzkie. Potrzeba było zatem innej świętszej i czystszej ofiary, która by trwała do skończenia wieków. Tą ofiarą jest sam Jezus Chrystus, jako Bóg współistotny Ojcu Swemu, a jako człowiek we wszystkim do nas podobny. On ofiaruje się codziennie na naszych ołtarzach, jak niegdyś na Kalwarii i przez tę ofiarę czystą i bez zmazy oddaje Bogu należyty pokłon, uznaje najwyższe panowanie Jego nad stworzeniem i spłaca zupełnie długi, zaciągnięte u Boga przez grzechy ludzkie. Jezus Chrystus, jako pośrednik między niebem i ziemią, wyprasza nam także wszystkie potrzebne łaski i jest ofiarą dziękczynną, najwznioślejszą. Byśmy mogli dostąpić tych wszystkich owoców Mszy św., musimy coś uczynić ze swej strony. W tym celu pouczę was:

       1) jak wielkim szczęściem dla człowieka, że może być na Mszy św.,
       2) z jakim usposobieniem powinniśmy Jej słuchać i
       3) jak po największej części ludzie zachowują się na Niej.

       Nie będę szczegółowo objaśniał, jakie znaczenie mają szaty kościelne, w których przystępuje kapłan do ołtarza. Gdy ksiądz idzie do zakrystii i ubiera się, przedstawia Jezusa Chrystusa, który zstąpił z nieba i wcielił się w łonie Matki Najświętszej, by mógł Ojcu Swemu uczynić zadosyć za grzechy nasze.

       Humerał biały, który ksiądz wdziewa na ramiona, przypomina ową chwilę, kiedy Jezusowi Chrystusowi zawiązano oczy, wymierzano Mu policzki i mówiono: "Prorokuj nam, kto Cię uderzył?".

       Alba oznacza białą szatę, w którą Herod dla szyderstwa ubrał Jezusa Chrystusa i odesłał Go do Piłata.

       Pasek, którym przewiązuje albę, wyobraża owe powrozy, którymi skrępowano Zbawiciela w Ogrodzie Oliwnym, jak również owe bicze, którymi Go sieczono przy słupie kamiennym.

       Manipularz, który ksiądz wkłada na lewe ramię, przypomina owe więzy, którymi Pana Jezusa skrępowano w czasie biczowania przy kolumnie. Manipularz wkłada się na lewą rękę, bo ona jest bliżej serca i przez to poucza nas Kościół, że Jezus Chrystus z nadmiaru miłości ku nam zgodził się na to okrutne biczowanie.

       Stuła przypomina powróz, który zarzucono Chrystusowi na szyję, kiedy niósł Krzyż na Golgotę.

       Ornat jest obrazem płaszcza szkarłatnego i owej sukni całodzianej, o którą pod Krzyżem rzucano losy.


       Confiteor przywołuje na pamięć Jezusa Chrystusa, który przyjął na Siebie grzechy nasze i uczynił za nie zadosyć Ojcu Swemu (1). Introit wyraża owo gorące pragnienie, z jakim oczekiwali Patriarchowie przyjścia Mesjasza, i dlatego powtarza się dwa razy. Kyrie elejson, czyli słowa: Panie, zmiłuj się nad nami, przypominają opłakany stan ludzkości przed narodzeniem Chrystusa. Epistoła czyli list, przypomina naukę Starego Zakonu; Graduał oznacza pokutę Żydów, po kazaniach św. Jana Chrzciciela; Alleluja, świadczy o weselu duszy, która otrzymała łaskę Bożą; Ewangelia przypomina wiernym naukę Jezusa Chrystusa. Różne Znaki Krzyża, które robi kapłan nad Hostią i Kielichem oznaczają cierpienia, które poniósł Jezus Chrystus w czasie Swej Męki. Nie będę o tym obecnie dłużej mówił, bo mi się do tego jeszcze kiedy nadarzy sposobność.

       I. Msza św. jest tą samą Ofiarą, ale bezkrwawą, którą Pan Jezus złożył ze Siebie w Wielki Piątek na Krzyżu. Zachodzi ta tylko różnica, że wtedy można było widzieć oczyma ciała, jak Pan Jezus cierpiał i Krew Swoją przelewał, zaś we Mszy św. ofiaruje się Jezus Chrystus Ojcu Swojemu w sposób niewidzialny i bezkrwawy. Msza św. jest szczytną ofiarą: Ona rozwesela cały dwór niebieski, pomaga biednym duszom czyśćcowym, sprowadza na ziemię wszelkie błogosławieństwo i więcej chwały przynosi Bogu, niż cierpienia wszystkich Męczenników, niż umartwienia wszystkich pustelników, niż wszystkie łzy pokutników, przelane od początku świata, aż do końca wieków. Albowiem te uczynki są dziełami ludzi mniej lub więcej grzesznych, a we Mszy św. sam Jezus Chrystus, równy Ojcu, ofiaruje Swą mękę i śmierć na zadosyćuczynienie zagniewanemu Bogu. Cena Mszy św. jest nieskończoną. Z tego powodu, kiedy Jezus Chrystus skonał na Krzyżu, widziano wiele nawróceń: dobry łotr, otrzymał już przedtem obietnicę raju, wielu Żydów weszło w siebie, nawet poganie ze skruchą bili się w piersi i mówili, że Chrystus był prawdziwie Synem Bożym. Umarli powstali z grobów, skały się kruszyły i drżała ziemia.

       Najmilsi Bracia, jeżeli z dobrym usposobieniem będziemy się znajdowali na Mszy św., niezawodnie się nawrócimy, choćbyśmy byli zatwardziali w złem jako Żydzi, zaślepieni jako poganie i twardsi od skał, które się wówczas rozpadały. I rzeczywiście chwila Mszy św. jest najodpowiedniejszą chwilą, w której możemy z Bogiem układać się niejako o nasze zbawienie. W smutkach znajdziemy na niej pociechę, w pokusach siłę do zwycięstwa, jak mówi św. Jan Chryzostom.

       Opowiada papież Pius II, że pewien szlachcic z prowincji Ostia, doznawał ciągłych pokus, by sobie życie odebrał. Przyznał się do tego wobec świątobliwego zakonnika i pytał go o radę. Sługa Boży pocieszył i podniósł go na duchu i radził mu, by do domu swego sprowadził kapłana, któryby dlań codziennie odprawiał Mszę św. Usłuchał szlachcic, urządził w swym zamku kaplicę i sprowadził księdza, który tu codziennie sprawował bezkrwawą ofiarę, a szlachcic słuchał jej pobożnie. Pewnego razu oświadczył ksiądz, że pragnie odprawić Mszę św. w sąsiednim kościele, z powodu przypadającej uroczystości. Zgodził się na to szlachcic w tej nadziei, że sam uda się także do tego kościoła. Jednakowoż nagła sprawa zatrzymała go w domu aż do południa. Przeląkł się pobożny pan z powodu tego zaniedbania. Dawne pokusy odżyły i wróciły na nowo. Niespokojny opuszcza zamek i spotyka na drodze wieśniaka, który go pyta, dokąd idzie: Na to odpowiada szlachcic, że pragnąłby wysłuchać Mszy św. "Już za późno, rzecze wieśniak, wszystkie Msze się skończyły". Zmartwił się bardzo szlachcic i zawołał z boleścią: "Biada mi, jestem zgubiony, bom opuścił Mszę św.". Gdy to usłyszał chciwy na pieniądze chłop, postanowił za grosz odstąpić panu korzyści, jakich dostąpił z powodu wysłuchanej Mszy. Przystał na to szlachcic i w tym celu oddał swój płaszcz wieśniakowi, następnie wszedł jeszcze pomodlić się chwilę do kościoła. A gdy wracał tą samą drogą, zobaczył nieszczęśliwego wieśniaka powieszonego na drzewie, w tym samym miejscu, gdzie otrzymał płaszcz. Albowiem z dopuszczenia Bożego, na ukaranie chciwości, pokusa rozpaczy ze szlachcica przeszła na chłopa. Na widok ten straszny podziękował szlachcic Bogu, że go ocalił z tak okropnego nieszczęścia i odtąd już nigdy nie opuszczał Mszy św. W godzinę śmierci sam wyznał, że odkąd począł codziennie słuchać Mszy św., zły duch przestał go dręczyć rozpaczliwymi myślami. Słusznie też powiada św. Jan Chryzostom, że gdy wśród pokus wysłuchamy pobożnie Mszy św., niezawodnie miłosierny Bóg uwolni nas od nich. Bracia drodzy, gdybyśmy posiadali żywą wiarę, Msza św. byłaby dla nas w ciągu życia lekarstwem na wszelkie nieszczęścia, bo w niej ofiaruje się niewidzialnie Jezus Chrystus, który jest lekarzem duszy i ciała naszego.

       II. Powiedzieliśmy, że Msza św. jest Ofiarą Ciała i Krwi Chrystusowej, którą się składa jedynie Bogu, a nie Aniołom lub Świętym. Najlepszym sposobem jej słuchania jest duchowe łączenie się z Kapłanem i towarzyszenie mu we wszystkich ceremoniach i czynnościach i przejęcie się żywe uczuciami miłości i wdzięczności.

       We Mszy św. rozróżniamy trzy części: pierwszą od początku aż do ofiarowania, drugą od ofiarowania do podniesienia czyli konsekracji, a trzecią od konsekracji aż do końca. Muszę zaznaczyć, że gdyby ktoś był dobrowolnie roztargniony podczas jednej z tych części, popełniłby grzech ciężki (2). Powinniśmy przeto usuwać skrzętnie z myśli naszych wszystko, co się nie odnosi do Boga i tej Przenajświętszej Ofiary. Do Offertorium powinniśmy się przejąć uczuciami szczerego żalu za grzechy. Od ofiarowania aż do konsekracji uważajmy się za ministrów, składających w ofierze Bogu Ojcu Jezusa Chrystusa. Oddajmy Bogu ciało, duszę, mienie, życie, a nawet wieczność. Po konsekracji nie zapominajmy, że należy przynajmniej duchowo przyjąć Krew i Ciało Jezusa Chrystusa i obudzić w sobie stosowne akty.

       Na trzech przykładach Pisma św. będę się starał wykazać, w jaki sposób trzeba słuchać Mszy św. Publikanin pouczy was, jak się należy zachować na początku Przenajświętszej Ofiary. Dobry łotr przemówi do was, co czynić wypada w czasie podniesienia, a setnik będzie waszym przewodnikiem przy Komunii św.

       Najmilsi Bracia, dobry chrześcijanin zaraz po przebudzeniu gotuje się do tej Ofiary i nie zaprząta umysłu swego sprawami, które się nie odnoszą do niej. A zatem wyobrażajmy sobie Jezusa Chrystusa w Ogrodzie Oliwnym, jak upadłszy twarzą na ziemię, gotuje się do Krwawej Ofiary, którą ma złożyć na Golgocie. Przedstawiajmy sobie, jak wielka Jego Miłość, że za nas idzie na cierpienia, by nas uwolnić od śmierci wiecznej. Kto by mógł na czczo słuchać Mszy św., spełniłby bardzo miły uczynek Bogu. W pierwszych wiekach Kościoła wszyscy chrześcijanie szli na czczo do świątyni Pańskiej. Nie zajmujcie się w dnie świąteczne sprawami doczesnymi. Wśród tygodnia dość napracowaliście się, w niedzielę i święto zajmujcie się jedynie duszą swoją i proście Boga o przebaczenie grzechów. Po drodze nie rozmawiajcie i żywo sobie przedstawcie, że idziecie za Jezusem Chrystusem, który dla waszego zbawienia niesie Krzyż na Kalwarię. Przed Mszą św. należy się przez chwilkę skupić, zastanowić się, jakich przede wszystkim łask potrzebujemy, by o nie prosić w czasie Ofiary bezkrwawej. Wypada, wchodząc do kościoła, przeżegnać się wodą święconą i wziąć udział w procesji przed nabożeństwem, jeżeli się odbywa, bo to usposabia do dobrego słuchania Mszy św. Już przy wejściu do domu Bożego, przejmijcie się uczuciami skruchy i wesela, że możecie stanąć przed Bogiem Wielkim i Świętym. Obyście okazali usposobienie celnika, który przyszedł na modlitwę do świątyni jerozolimskiej.

       Mówi św. Łukasz, że stanął przy samych drzwiach, spuścił oczy na ziemię, nie śmiał spojrzeć ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił do Boga: Panie, zlituj się nade mną, bo jestem wielki grzesznik. A zatem on wręcz inaczej czyni, niż wielu chrześcijan, którzy często z dumną i arogancką miną wchodzą do kościoła. Chociaż może więcej grzechów mają na sumieniu niż włosów na głowie, mimo to stają przed obliczem Boga z wielką obojętnością, a nawet rodzajem pogardy. Żegnają się wodą święconą bezmyślnie, jak gdyby brali zwykłą wodę do umycia rąk. Nie wiedzą o tym, że gdy się żegnamy wodą święconą z uszanowaniem, otrzymujemy przebaczenie grzechów powszednich i usposabiamy się do godnego słuchania Mszy św. Celnik w swej pokorze, uważa się za niegodnego, by stanął przed obliczem Boga, kruszy się na widok grzechów swoich, nie śmie wzroku podnieść ku niebu. Zupełnie inaczej zachowuje się niż wielu chrześcijan z imienia tylko, którzy w kościele szukają wygód, którzy nie chcą uklęknąć, co najwyżej zginają kolana tylko na krześle, a w czasie podniesienia z biedą uchylają głowę. Najczęściej rozciągają się wygodnie na krześle i zakładają nogę na nogę. Nie chcę już mówić o tych, którzy zamiast w kościele opłakiwać swe grzechy, roztaczają tu swą próżność i zniesławiają pokornego Zbawiciela świata. Niektórzy w kościele zwracają na siebie uwagę i podniecają w sobie ogień wstrętnych namiętności. Nasz celnik bił się w piersi i żałował za grzechy popełnione. O gdyby chrześcijanie za dni naszych zechcieli naśladować upokorzonego celnika, wracaliby do domu z obfitymi korzyściami, jako pszczółka wraca do ula, znalazłszy upragnione kwiaty.

       Przede wszystkim starajmy się obudzić w sobie świętą pokorę. Do tego zachęca nas Kapłan, gdy głęboko schylony u stopni Ołtarza odmawia Confiteor czyli spowiedź powszechną. Wyobraża on wtedy Jezusa Chrystusa; więc się korzy i bierze niejako na siebie grzechy wszystkich parafian. Gdybyśmy wiedzieli, czym jest Msza św., lepiej byśmy jej słuchali, otrzymalibyśmy dużo łask i uniknęlibyśmy wielu niebezpieczeństw.

       Opowiem wam przykład, jak dziwnie Bóg opiekuje się tymi, którzy pobożnie słuchają Mszy św. Św. Elżbieta, królowa portugalska, krewna św. Elżbiety węgierskiej, była nadzwyczaj miłosierną dla ubogich i sama rozdzielała im jałmużnę lub posługiwała się w tym celu drugimi, szczególnie używała do tej posługi jednego pobożnego pazia. Wskutek tego drugi paź z zazdrości nienawidził swego kolegę, powiernika królowej. Oskarżył go więc przed królem, że utrzymuje z królową zakazane stosunki. Nie badając wcale, postanowił król pozbyć się potajemnie oskarżonego. Gdy przechodził koło miejsca, gdzie wypalano w wielkiej ilości wapno, zawołał do siebie ludzi, którzy podtrzymywali ogień w piecu i powiedział, że tu przyśle nazajutrz rano pazia, z którego jest niezadowolony, z zapytaniem, czy spełnili rozkaz królewski; niechże go wtedy chwycą i wrzucą natychmiast do ognia. Po tych słowach wrócił do domu i nakazał paziowi swej żony udać się wczesnym rankiem z owym zapytaniem. Bóg nie opuszcza nigdy tych, którzy Go miłują. Paź przechodził koło kościoła i usłyszał, że dzwonią na podniesienie. Wchodzi więc do świątyni, aby oddać pokłon Panu Jezusowi i wysłuchać do końca Mszy św. Po niej zaczyna się druga, dalej trzecia, a on zostaje na wszystkich. Król się niecierpliwi, chciałby się dowiedzieć, czy spełniono jego rozkazy. Posyła zatem swojego pazia, z zapytaniem, czy się stało po jego woli. Ludzie zajęci wypalaniem wapna, myśleli, że to pierwszy paź, więc go chwycili i rzucili do ognia. Tymczasem nasz paź, po skończonych Mszach idzie spełnić rozkaz królewski. Na zapytanie dali ludzie potwierdzającą odpowiedź, którą zaraz komunikuje swemu monarsze. Gdy król widział, że się nie stało według jego woli, popadł w prawdziwą wściekłość i pytał młodzieńca, gdzie tak długo bawił. Paź powiedział, że słysząc dzwonek na podniesienie, wstąpił do kościoła i słuchał trzech Mszy św., bo jego ojciec umierający, udzieliwszy mu ostatniego błogosławieństwa, zachęcał, by nigdy nie wychodził z kościoła, zanim się Msza skończy, to bowiem sprowadza na człowieka wiele łask i chroni od nieszczęść. Słysząc taką odpowiedź, wszedł król w siebie, poznał sprawiedliwe sądy Boże, zrozumiał, że królowa i paź byli niewinni, że spalony młodzieniec fałszywie oskarżył z zazdrości swego kolegę. Oto, jak Msza św. ocaliła tego człowieka od śmierci.

       Od podniesienia powinniśmy słuchać Mszy świętej z usposobieniem dobrego łotra na krzyżu. Otwiera on bowiem swe oczy i uznaje w osobie Jezusa Chrystusa swego Zbawcę. Przy Jego boku korzystał bardzo wiele przez owe trzy godziny. Przybito go do krzyża; ma tylko serce i język wolny i z wielką ochotą składa je w ofierze Jezusowi Chrystusowi. Oddaje Mu serce przez wiarę i nadzieję i błaga z pokorą o miejsce dla siebie w raju. Poświęca Mu język, bo wyznaje głośno niewinność i świętość Zbawiciela, bo mówi do swego towarzysza: "My słusznie cierpimy, ale ten jest niewinny". Gdy ludzie bluźnią Zbawicielowi, on staje się równocześnie Jego obrońcą; opuszczają Go uczniowie, a on się za Nim oświadcza. Co więcej, taką pała gorliwością, iż chce nawrócić łotra po lewicy. Nie dziwmy się, drodzy bracia, cnotom tego łotra, bo on patrzył na umierającego Jezusa Chrystusa i zaczerpnął stąd mnóstwo łask. O gdybyśmy w czasie podniesienia mieli żywą wiarę, jedna Msza św. uwolniłaby nas z nałogów i uczyniła prawdziwymi pokutnikami i doskonałymi chrześcijaninami.

       Spytacie mnie może: I czemuż zawsze jesteśmy jednacy, nie zmieniamy się na lepsze, choć tylu Mszy wysłuchaliśmy? Bo w kościele obecni jesteśmy tylko ciałem, a duch błąka się gdzieindziej. Ileż razy źle wysłuchaliśmy Mszy św. i wskutek tego nowymi grzechami obarczyliśmy swe sumienie? Do św. Mechtyldy powiedział Pan Jezus te słowa: "Wiedz, moja córko, że w godzinę śmierci Święci przyjdą na pomoc tym, którzy słuchają pobożnie Mszy św., obronią ich przed napaściami złego ducha i zaprowadzą ich dusze na łono Boże".

       Słuchanie Mszy św. nie przyniesie wcale uszczerbku naszym doczesnym interesom, owszem sprowadzi nam błogosławieństwo Boże.

       Pytał raz ubogi i bezdzietny rzemieślnik swego kolegę z zawodu, skąd to może pochodzić, że z liczną rodziną żyje sobie wygodnie i bez troski o chleb codzienny, gdy przeciwnie on, choć pracuje we dnie i w nocy, czasem nawet w niedzielę, przecież musi walczyć z nędzą. Wyjaśnił tę zagadkę swemu ubogiemu koledze tym, że codziennie idzie na Mszę św. i dlatego błogosławi mu Bóg. Słusznie powiedział Zbawiciel, abyśmy szukali najpierw królestwa Bożego i sprawiedliwości Jego, a inne rzeczy będą nam przydane. Głupi ten, który liczy jedynie na swą pracę i żałuje czasu na Mszę, która nigdy nikogo nie zubożyła. Ubogi rękodzielnik zastosował się do rady swego kolegi i począł co dzień bywać w kościele i przekonał się wnet z własnego doświadczenia, że Stwórca nie opuszcza tych, którzy w Nim ufność pokładają, którzy nie liczą na własne jedynie siły. Niechże zechcą o tym pamiętać ci, którzy na modlitwę poranną i wieczorną, na wysłuchanie Mszy św. raz na tydzień nie mają czasu! Patrzcie na swego pasterza duchownego, który myśli o chwale Bożej i zbawieniu bliźnich, któremu mimo to nie brakuje rzeczy potrzebnych do życia. – Na to powiadacie: Księdzu Proboszczowi ludzie dają, a mnie nikt nic nie przyniesie. Wiedzcież, że o mnie pamięta Opatrzność Boża – tam a nie gdzie indziej są me bogactwa i skarby. Nieszczęśliwy człowiek, który się tyle kłopota bez Boga i tu żyje w nędzy i naraża się jeszcze na wieczne potępienie!

       Najmilsi w Panu! W czasie Mszy św. najprędzej otrzymamy od Boga łaskę nawrócenia. Widział św. Paweł pustelnik, jak wchodził do kościoła na Mszę św. człowiek pięknie ubrany w towarzystwie złych duchów, a wychodził w otoczeniu licznego orszaku Aniołów. "O Boże, wołał Święty, jak miłą musi być dla Ciebie Msza św., kiedy takich dokonuje przemian". Sobór Trydencki wyraźnie powiada, że Ofiara Mszy św. uspokaja gniew Boży, sprawia nawrócenie grzeszników, uwesela niebo, pomaga duszom w czyśćcu i sprowadza błogosławieństwo na ziemię. – Bracia moi, gdybyśmy wiedzieli, czym jest ta Ofiara, z jak wielką czcią znajdowalibyśmy się na niej! Niestety, taki skarb posiadamy, a przecież nędzni i ubodzy jesteśmy, i to z własnej winy i niedbalstwa!

       Wzorem dla nas niech będzie setnik, gdy duchowo lub rzeczywiście przystępujemy do Komunii św., jak wyżej zaznaczyłem. Kościół św. przy każdej Mszy i rozdzielaniu Komunii używa jego słów, pełnych pokory. "Panie, wołał ten człowiek z pokorą, nie jestem godzien, abyś wszedł do domu mego, ale rzeknij tylko słowo, a będzie uzdrowiony sługa mój". Gdyby Pan Jezus widział i u nas tę samą pokorę, tę samą znajomość własnej nicości, wchodziłby także do serc naszych z tym samym weselem i zdrojami łask! Ileż zaczerpnęlibyśmy tu mocy do walki z wrogami zbawienia! Jeżeli przeto chcemy szczerze się nawrócić, wysłuchajmy w tej intencji nabożnie kilku Mszy św., a Bóg nam niezawodnie dopomoże do poprawy! Pewna dziewczyna przez kilka lat prowadziła nieuczciwe życie z młodym człowiekiem. Nagle ogarnęła ją trwoga, weszła w siebie, szczerze się wyspowiadała i odmieniła się zupełnie. Co było tego powodem? Oto Msze św., których słuchała w każdą sobotę jej matka przed śmiercią, z prośbą o nawrócenie swej córki.

       Nic przeto dziwnego, że diabeł tyle się mozoli, byśmy Mszy źle słuchali, że w kościele zaprząta nam głowę tylu obcymi myślami! Ileż osób zachował Pan Bóg od moralnych i doczesnych nieszczęść dlatego, że słuchali pobożnie Mszy św.? Opowiada św. Antonin, że w jedno święto wybrało się na polowanie dwóch młodych ludzi, z których tylko jeden wysłuchał Mszy św. Gdy już byli w drodze, ściemniło się niebo i poczęło się strasznie błyskać i grzmieć. Obłoki zdawały się być w ogniu. Wśród okropnych piorunów dolatywał ich głos: "Zabijcie tych nędzników, zabijcie ich!". Po chwili wyrwał się piorun z obłoków i zmiażdżył na miejscu tego, który poszedł na polowanie, nie wysłuchawszy Mszy św. Towarzysz zabitego padł z trwogi na ziemię i zdawało mu się, że tajemny głos i jego także domaga się śmierci, gdy inny go broni, mówiąc: "Nie, nie uderzaj, bo on dziś rano był na Mszy św.". I rzeczywiście Msza św. uratowała go od zguby.

       Ludzie obojętni i opieszali w służbie Bożej, zaniedbujący Mszę św., tracą bardzo wiele. I tak często giną nędznie i marnie; majątek ich rujnuje się, serce traci zwolna wiarę i podwójnie ci ludzie są nieszczęśliwi: duchowo i fizycznie.

       III. Przeważnie ludzie światowi słuchają Mszy św. z usposobieniem Faryzeuszów, złego łotra, albo Judasza. Powiedzieliśmy już, że Msza św. jest pamiątką śmierci Jezusa Chrystusa na Kalwarii i dlatego pragnie Zbawiciel, byśmy każdą Mszę św. odprawiali na tę pamiątkę. Niestety, z jękiem musimy wyznać, że kiedy na Ołtarzu odnawia się pamięć cierpień Jezusowych, wielu z obecnych ponawia zbrodnię Żydów i katów, którzy Zbawiciela przybili do Krzyża. W czasie konania Chrystusa, trojakich można było zauważyć ludzi. Jedni przechodzili obojętnie, bez żadnego współczucia, twardsi od martwych istot. Drudzy przychodzili na miejsce ukrzyżowania, zastanawiali się nad okolicznościami Męki Chrystusowej, ale tylko dlatego, by szydzić ze Zbawiciela i bluźnić. Mała tylko liczba płakała gorzko na widok cierpień okrutnych Zbawiciela świata. Zastanówcie się, do której należycie liczby. Nie będę mówił o tych, którzy biegną na Mszę św. do obcej parafii, bo mają tam różne sprawy do załatwienia, albo o tych, którzy jej słuchają tylko do połowy, bo muszą ze sąsiadem wypić w szynku choć jedną butelkę. Ci ludzie postępują tak, jak gdyby nie mieli duszy do zbawienia: utracili wiarę, a z nią wszystko. Zastanowimy się jedynie nad tymi, którzy regularnie chodzą do kościoła. Jedni z nich idą tylko dlatego, bo chcą widzieć i być widzianymi, przychodzą roztargnieni, jakby na targ, jarmark lub na bal. W kościele zachowują się nieskromnie i z biedą klękają na obydwa kolana w czasie Podniesienia i Komunii. Nie modlą się, bo wiary nie mają. Gdyby ci nieszczęśliwi mieli się udać do jakiejś wybitnej osobistości z prośbą o łaskę, myśleliby o tym przez całą drogę, wchodziliby do domu owej osoby z wielkim ułożeniem, kłanialiby się nisko, nie myśleliby o siedzeniu, spuściliby oczy, staraliby się należycie wyrażać i przemawiać odpowiednim tonem głosu. Gdyby w czym uchybili owej osobie, prosiliby zaraz o przebaczenie, mówiąc, że są ludźmi prostymi i nie znają się na delikatnych formach. Gdy ich tacy dygnitarze przyjmują łaskawie, cieszą się tym z całego serca. Czyż to porównanie nie powinno nas zawstydzić, że dla zysków doczesnych, dla zyskania protekcji postępujemy tak oględnie i roztropnie, a do kościoła przychodzimy z pewnego rodzaju wstrętem, lekceważeniem, że stajemy bez uszanowania przed Bogiem, który umarł dla naszego zbawienia i codziennie ofiaruje się za nas Swemu Ojcu niebieskiemu? Czy przez to liche stworzenie, jakim jest człowiek, nie wyrządza ciężkiej zniewagi Jezusowi Chrystusowi? Zaprawdę, iluż to ludzi więcej popełnia grzechów w czasie jednej Mszy św. w niedzielę, niż przez cały tydzień? Jedni nie myślą wcale o Bogu, inni rozmawiają, drudzy oddają się myślom pysznym, a nawet brudnym. Po głowie ich snują się wyobrażenia, jakie zły duch tylko im podda. Oglądają się często na wszystkie strony, spoglądają, śmieją się i zasypiają, jak gdyby byli w łóżku. I nic dziwnego, że z kościoła wychodzą większymi grzesznikami, niż weszli.

       Może ktoś z was odezwie się: A więc lepiej nie iść na Mszę św. – Wiecie, co trzeba czynić? Iść do kościoła, słuchać Mszy św. należycie i złożyć potrójną ofiarę Bogu: Ofiarę ciała, ducha i serca. Przez ofiarę ciała, rozumiem skromną i pokorną postawę w obliczu Jezusa Chrystusa. Z umysłu i rozumu naszego złożymy ofiarę Bogu, jeżeli przy słuchaniu Mszy św. przejmiemy się uczuciami własnej nicości i niegodności, jeżeli unikać będziemy roztargnień. Złożymy ofiarę z serc naszych, miłując Boga całą duszą, jak tego domaga się Bóg: "Synu mój, daj mi serce twoje".

       Kończę, powtarzając, żeśmy nieszczęśliwi, gdy źle słuchamy Mszy św. Albowiem odrzucenie znajdujemy tam, gdzie inni czerpią zbawienie. Oby Bóg sprawił, byśmy przy każdej sposobności słuchali Mszy św. i czerpali stąd obfite zdroje łask, byśmy na nią przychodzili z jak najlepszym usposobieniem i sprowadzali na siebie błogosławieństwo Boże, jako zadatek szczęścia w tym i przyszłym życiu! Tego wam życzę. Amen.

Św. Jan Maria Vianney (a)

–––––––––––

Błogosławiony X. Jan Marya Vianney, proboszcz z Ars, Kazania niedzielne i świąteczne. Wydał w skróceniu z francuskiego i zaopatrzył przedmową Ks. Dr Jakób Górka, profesor Semin. biskupiego w Tarnowie. Tom I, z portretem błogosławionego. Nakładem wydawcy. Z drukarni Józefa Chęcińskiego we Lwowie. 1906, ss. 78-91.
(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).
-----------------------------------------------------------------------------------------
Pozwolenie Władzy Duchownej:
   L. 2.772.
                                                           IMPRIMATUR.
          Z Konsystorza biskupiego w Tarnowie, dnia 19. maja 1906 roku.     
                                               † LEON Bp.
  
L. S.
-----------------------------------------------------------------------------------------
Przypisy:
(1) Rodriguez, t. III, p. 575. Św. Grzegorz (dopisek św. Proboszcza z Ars).
(2) To dotyczy Mszy św. w niedziele i święta.

(a) "Św. Jan-Maria Vianney (Ioannes-Maria), Wyznawca; – święto 9 sierpnia.
Urodził się w Dardilly w r. 1786, jako syn ubogich wieśniaków, odznaczał się już w chłopięcym wieku niezwykłą pobożnością i miłością dla ubogich. Pragnął zostać kapłanem, nauka jednak przychodziła mu tak trudno, że kilkakrotnie doradzano mu, by zaniechał studiów. Wreszcie w r. 1815 dotarł do święceń kapłańskich. Był przez 3 lata wikariuszem w Ecully, po czym otrzymał zapadłą i zapuszczoną parafię wiejską Ars pod Lugdunem. Wkrótce pod wpływem świątobliwego duszpasterza odnowiło się oblicze parafii. I wpływ ten sięgał dalej. Schodzili się ludzie z dalekich stron, by się u niego spowiadać, by choć popatrzeć, jak «święty» odprawia Mszę św. Coraz liczniejsze rzesze wypełniały wiejski kościołek. Życie znanego już poza granicami Francji «proboszcza z Ars» upływało pomiędzy plebanią a kościołem. Długie godziny spędzał w konfesjonale, gdzie dokonywały się cudowne nawrócenia pod wpływem spowiednika, czytającego w sumieniach jak w księdze otwartej. Jeśli były wolne chwile, proboszcz spędzał je na klęczkach przed Najświętszym Sakramentem. W ciągu 20 lat przeszło 100 tysięcy pielgrzymów przesunęło się przez Ars, nawet z Ameryki przybywali penitenci. Opowiadano sobie o cudach, na jakie patrzano, główne jednak cuda dokonywały się w głębi dusz. Misje, rozpoczęte w Ars, przeszły do innych parafij, proboszcz bowiem śpieszył, gdzie go wzywano z posługą duszpasterską. Wreszcie wyczerpany nadludzką pracą – na sen miał tylko czasu 4 godziny – zmarł 4 sierpnia 1859 r. Kanonizowany w r. 1925. Ogłoszony patronem proboszczów w roku 1929". – Biskup Karol Radoński, Święci i Błogosławieni Kościoła Katolickiego. Encyklopedia Hagiograficzna. Warszawa – Poznań – Lublin [1947], s. 227. (Przyp. red Ultra montes).

http://www.ultramontes.pl/vianney_o_mszy_sw.htm

avatar użytkownika intix

2. Św. Jan Maria Vianney o łasce kapłaństwa i Mszy Świętej



 Produkt     

       O kapłaństwie:

       "Kapłan jest człowiekiem, który otrzymał od Boga wszystkie jego władze. »Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam« - rzekł Pan do pierwszych kapłanów (J 20,21). »Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!« (Mk 16, 15). »Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi« (Łk 1O, 16).
     

       Kiedy kapłan udziela wam rozgrzeszenia, nie mówi: »Bóg ci przebacza«, lecz »Ja odpuszczam tobie grzechy«. Podczas konsekracji nie mówi: »Oto Ciało Pana«, lecz mówi »Oto Ciało moje«. Gdyby nie było sakramentu kapłaństwa, nie mielibyśmy Pana wśród nas. Kto bowiem włożył Go do tabernakulum? Kapłan. Kto przyjął wasze dusze do Kościoła, kiedyście się narodzili? Kapłan. Kto karmi je, by miały siłę do ziemskiego pielgrzymowania? Kapłan. Kto przygotuje je, aby mogły stanąć przed Bogiem wykąpane we Krwi Jezusa Chrystusa? Kapłan. Zawsze kapłan. A kiedy dusza popadnie w grzech śmiertelny, kto ją wskrzesi do życia? Kto przywróci jej spokój sumienia? Tylko kapłan. Nie znajdziecie żadnego dobra, które pochodzi od Boga, żeby za nim nie stał kapłan.
     
       Spróbujcie wyspowiadać się przed Matką Boską albo przed którymś z Aniołów. Rozgrzeszą was? Nie. Czy mogą dać wam Ciało i Krew Pańską? Nie. Najświętsza Maryja Panna nie ma władzy sprowadzenia Swego Syna do Hostii. Choćby stanęło przed wami dwustu Aniołów, nie mają oni władzy odpuszczenia wam grzechów. Jedynie kapłan ma władzę powiedzieć wam: »Idź w pokoju, przebaczam ci«. Kapłaństwo jest naprawdę czymś bardzo wielkim. Kapłan zrozumie siebie dobrze dopiero w niebie. Gdybyśmy rozumieli na ziemi, czym jest kapłaństwo, umarlibyśmy nie z przejęcia, lecz z miłości. (...) Kapłan nie jest jednak kapłanem sam dla siebie. Sam sobie nie może udzielić rozgrzeszenia. Nie może sam sobie udzielić żadnego Sakramentu. Kapłan nie żyje dla siebie, żyje dla was. (...) Kiedy ktoś chce zniszczyć religię, najpierw atakuje kapłanów, gdyż tam, gdzie nie ma kapłana, nie ma już Ofiary Mszy Świętej, nie ma kultu Bożego. (...) Kapłaństwo jest umiłowaniem Serca Jezusa. Kiedy spotykacie kapłana, zawsze myślcie o Jezusie.

       Przyczyną upadku kapłana jest brak skupienia podczas Mszy świętej! - mówił św. Jan Maria Vianney.


       O Mszy Świętej:

       "Wszystkie dobre uczynki razem wzięte nie są warte jednej Mszy Świętej, bo tamte są dziełami ludzkimi, a Msza jest dziełem Bożym. (...) Na słowa kapłana Chrystus zstępuje z nieba i daje się zamknąć w małej Hostii. Ojciec nieustannie patrzy z Nieba na Ołtarz: »To jest Mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie« (Mt 17, 5a). Wobec zasług tak wielkiej ofiary Ojciec nie może Synowi niczego odmówić. Gdybyśmy mieli wiarę, ujrzelibyśmy Boga w kapłanie, jak się widzi światło przez szybę, jak wino pomieszane z wodą. (...) Po konsekracji Bóg jest między nami obecny tak samo, jak jest obecny w Niebie. Gdybyśmy zdawali sobie z tego w pełni sprawę, umarlibyśmy z miłości. Bóg jednak oszczędza nas i zakrywa przed nami tę tajemnicę z powodu naszej słabości.
     
       Pewien kapłan zaczynał wątpić, że jego słowa rzeczywiście sprowadzają Chrystusa na ołtarz; w tej samej chwili Hostia, którą trzymał w dłoniach, zaczęła ociekać Krwią wsiąkającą w korporał. Gdyby nam ktoś powiedział, że o tej to godzinie jakiś zmarły ma powstać z grobu, zaraz byśmy tam pobiegli, żeby zobaczyć cud. A czyż Konsekracja, podczas której chleb i wino stają się Ciałem i Krwią samego Boga, nie jest o wiele większym cudem niż wskrzeszenie umarłego? Potrzeba przynajmniej kwadransa, żeby dobrze przygotować się do przeżycia Mszy Świętej. W tym czasie trzeba głęboko uniżyć się przed Bogiem, na wzór głębokiego uniżenia, jakiego Chrystus dokonuje w Sakramencie Eucharystii; trzeba zrobić rachunek sumienia, gdyż aby dobrze przeżyć Mszę Świętą, powinniśmy być w stanie łaski uświęcającej. Gdybyśmy znali cenę Ofiary Mszy Świętej - albo raczej gdybyśmy mieli głębszą wiarę - uczestniczylibyśmy w niej z o wiele większą gorliwością.
     
       Pamiętacie, dzieci, historię, którą wam opowiadałem - o tym, jak pewien święty kapłan modlił się za swojego przyjaciela, gdyż Bóg dał mu poznać, że przyjaciel jego przebywa w czyśćcu. Uznał więc, że najlepiej zrobi, ofiarując za jego duszę Mszę Świętą. Kiedy nadeszła chwila konsekracji, wziął hostię w dłonie i powiedział w duszy: »Wieczny i Święty Ojcze, zróbmy wymianę. Ty trzymasz duszę mojego przyjaciela w czyśćcu, a ja trzymam w dłoniach Ciało Twojego Syna. Uwolnij mojego przyjaciela, a ja ofiaruję Ci Twojego Syna wraz ze wszystkimi zasługami Jego męki i śmierci«. I rzeczywiście: w chwili podniesienia ujrzał duszę swojego przyjaciela wstępującą do nieba w promieniach chwały. Kiedy chcemy o coś Boga poprosić, róbmy podobnie. Po Komunii Świętej ofiarujmy Ojcu Jego umiłowanego Syna wraz ze wszystkimi zasługami Jego męki i śmierci, a Bóg nie będzie mógł nam niczego odmówić."

Fragmenty pochodzą z książki "Zapiski z Ars" Alfreda Monnina SJ
sanctus.pl

avatar użytkownika intix

3. Św. Jan Maria Vianney o Komunii Świętej

Człowiek przyjmujący Komunię Świętą zanurza się w Bogu jak kropla wody wpadająca do oceanu. Nie sposób ich już potem rozdzielić.

       Pan Jezus powiedział: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w Imię Moje (J 16,23b). Czy kiedykolwiek przyszłoby nam do głowy prosić Boga, aby dał nam Swojego własnego Syna? Bóg uczynił jednak to, co człowiekowi nawet się nie śniło. To, czego człowiek nie byłby w stanie sam wymyślić ani nie ośmieliłby się wypowiedzieć, Bóg w Swojej Miłości wymyślił, wypowiedział i zrealizował. Czy odważylibyśmy się prosić Boga, aby wydał za nas na śmierć Swojego Syna i aby dał nam Jego Ciało do spożywania i Krew do picia? Gdyby to wszystko nie było prawdą, czy człowiek mógłby wymyślić coś, czego Bóg nie byłby w stanie uczynić? Czyż potrafiłby posunąć się w miłości dalej niż sam Bóg? To wykluczone. Bez Eucharystii nie istniałoby szczęście na ziemi, życie nasze byłoby czymś nieznośnym. Kiedy przyjmujemy Komunię, otrzymujemy radość i szczęście.

       Dobry Bóg, pragnąc oddać się nam w Sakramencie Miłości, obdarzył nas tak wielkimi pragnieniami, które tylko ON SAM potrafi zaspokoić. Wobec tak wspaniałego Sakramentu jesteśmy jak człowiek umierający z pragnienia na brzegu strumienia (a wystarczyłoby tylko nachylić głowę), jak żebrak siedzący u wrót otwartego skarbca (a wystarczyłoby tylko sięgnąć ręką). Człowiek przyjmujący Komunię Świętą zanurza się w Bogu jak kropla wody wpadająca do oceanu. Nie sposób ich już potem rozdzielić. Gdybyśmy się nad tym zaczęli zastanawiać, całą wieczność moglibyśmy rozważać przepaść tej miłości. W dniu Sądu ujrzymy blask uwielbionego Ciała Pana Jezusa w uwielbionych ciałach tych, którzy za życia na ziemi godnie przyjmowali Je w Komunii, podobnie jak widać bryłki złota w grudce miedzi albo srebro w bryle ołowiu.

       Gdyby po Komunii ktoś zapytał cię: „Co zabierasz ze sobą do domu?”: możesz [bez wahania] odpowiedzieć: „Zabieram niebo”. Pewien Święty powiedział kiedyś, że jesteśmy żywym tabernakulum. To prawda, lecz brakuje nam wiary. Nie pojmujemy własnej godności. Odchodząc nakarmieni od Stołu Pańskiego, moglibyśmy czuć się tak szczęśliwi jak trzej królowie, gdyby dane im było zabrać ze sobą Dzieciątko Jezus, któremu [oni] przyszli oddać pokłon.

       Weźcie butelkę szlachetnego trunku i dobrze ją zakorkujcie, a uda się wam zachować trunek na długo. Podobnie, jeśli po Komunii będziecie umieli trwać w skupieniu, jeszcze długo potem będziecie czuć w sercu ów trawiący ogień, który będzie skłaniał was ku czynieniu dobra i budził wstręt do złego.

       Kiedy przyjmujemy Boga do serca, powinno ono zapłonąć [miłością]. Czyż serca uczniów w drodze do Emaus nie pałały na sam głos Jego nauk?

       Nie podoba mi się, gdy ktoś zaraz po Komunii zabiera się do czytania swojego modlitewnika. Na co zdadzą się słowa ludzkie, kiedy w tej chwili przemawia do nas sam Pan Bóg? Trzeba w tej chwili uważnie się w Niego wsłuchiwać, gdyż Bóg stoi na progu naszego serca i chce do nas mówić. Po Komunii Świętej czujecie, że wasze dusze są oczyszczone, że zanurzają się w Miłości Bożej. Czujecie coś niezwykłego, spokój rozchodzi się po całym ciele i dociera do samych jego krańców.

Z książki Alfreda Monnina SJ „Zapiski z Ars”. Promic – Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 2009.

avatar użytkownika intix

4. Św. Jan Vianney o zbawieniu

Wielu chrześcijan żyje, jakby nie wiedzieli, po co znaleźli się na tym świecie.

       – Boże, dlaczego kazałeś mi tu żyć? – pytają. – Ponieważ chcę cię zbawić – odpowiada Pan. – A dlaczego chcesz mnie zbawić? – nie dowierzają. – Bo cię kocham. Bóg nas stworzył i umieścił na tym świecie, ponieważ nas kocha. Chce nas zbawić, ponieważ nas kocha. Aby zostać zbawionym, trzeba poznawać Boga, kochać Go i Mu służyć. Jakże wielką jest rzeczą poznawać Boga, kochać Go i służyć Mu! Na tym świecie nie mamy nic ważniejszego do zrobienia. Wszystko inne jest stratą czasu. Działać mamy jedynie dla Boga, składając nasze dzieła w Jego ręce. Budząc się rano, trzeba mówić: „Dla Ciebie, Boże, chcę dziś pracować! Poddam się wszystkiemu, co na mnie ześlesz, i oddam Ci to w ofierze. Bez Ciebie nic nie mogę uczynić, pomóż mi!”. W godzinie śmierci żałować będziemy każdej chwili przeznaczonej na przyjemności, na niepotrzebne rozmowy, na odpoczynek, a nie wykorzystanej na umartwienie, modlitwę, dobre uczynki, na rozważanie własnej nędzy i opłakiwanie swoich żałosnych grzechów! Przekonamy się bowiem w tej godzinie, że nic nie zrobiliśmy dla nieba.

       Dzieci moje, jakież to smutne. Trzy czwarte chrześcijan zabiega jedynie o zaspokojenie potrzeb ciała, które i tak wkrótce zgnije w ziemi, a wcale nie myślą o potrzebach duszy, która będzie szczęśliwa lub nieszczęśliwa przez całą wieczność. Brak im rozumu i zdrowego rozsądku, aż ciarki przechodzą. Oto człowiek, który zabiega o sprawy doczesne, ugania się za nimi, robiąc przy tym wiele hałasu, który nad wszystkim chce panować i uważa, że jest kimś. Gdyby mógł, rzekłby słońcu: „Usuń się i pozwól mi oświecać świat zamiast ciebie”. Przyjdzie czas, że z tego pyszałkowatego człowieka zostanie niewiele więcej niż szczypta prochu, który spłynie rzekami do morza. (...) Ludzie bezbożni mówią, że zbyt trudno jest się zbawić. A przecież nie ma nic łatwiejszego: zachowywać Boże i kościelne przykazania, unikać siedmiu grzechów głównych, czynić dobro, a zła nie czynić – to wszystko! Dobrzy chrześcijanie, którzy pracują nad zbawieniem i dbają o zaspokojenie potrzeb swojej duszy, zawsze są szczęśliwi i zadowoleni. Cieszą się już w tym życiu zadatkiem przyszłego szczęścia. Ludzie ci będą szczęśliwi przez całą wieczność. Źli chrześcijanie zaś, którzy idą na potępienie, są godni pożałowania: stale narzekają, są smutni i robią z siebie strasznie nieszczęśliwych. Tacy też będą przez całą wieczność. Widzicie różnicę! Dobrym sposobem postępowania jest robić tylko to, co można ofiarować Bogu. A przecież nie można Mu ofiarować oszczerstw, obmawiania innych, niesprawiedliwości, złości, bluźnierstw, nieskromności, zabaw i tańców. A czyż istnieją częstsze zajęcia na tym świecie? (...)

       Widzicie więc, dzieci, że trzeba myśleć przede wszystkim o swojej duszy, która ma być zbawiona, i o wieczności, która nas wszystkich czeka. Ten świat, z jego bogactwami, przyjemnościami i zaszczytami, przeminie, lecz niebo i piekło nigdy nie przeminą. Pamiętajmy o tym! Nie wszyscy święci dobrze zaczynali, ale każdy z nich dobrze skończył. My też nie zaczęliśmy dobrze naszego życia, więc przynajmniej starajmy się dobrze je zakończyć i dołączyć do świętych w niebie.

Z książki Alfreda Monnina SJ „Zapiski z Ars”. Promic – Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 2009.

avatar użytkownika intix

5. Św. Jan Maria Vianney o modlitwie

Brzmią w człowieku dwa głosy – wołanie Anioła i krzyk bestii. Modlitwa jest wołaniem Anioła, a grzech jest krzykiem bestii.


       Skarb chrześcijanina znajduje się w niebie, a nie na ziemi. Myśli nasze powinny podążać tam, gdzie jest nasz skarb. Człowiek został powołany do dwóch wspaniałych rzeczy: do miłości i do modlitwy. Modlić się i miłować – w tym zawiera się szczęście człowieka na ziemi. Modlitwa jest niczym innym jak zjednoczeniem z Bogiem. Człowiek czuje wtedy jakby łagodny balsam koił jego serce, do którego przenika wielkie światło. W osobistym zjednoczeniu Bóg i dusza są jak dwa kawałki stopionego wosku, których nie sposób rozdzielić. Piękną jest rzeczą zjednoczenie Boga ze swoim maleńkim stworzeniem – to szczęście nie do pojęcia. (...) Moje dzieci, macie takie małe serca, lecz modlitwa je poszerza i uzdalnia do tego, byście kochali Boga. Modlitwa jest przedsmakiem nieba, wylaniem na nas rajskich darów. (...) Ciężary życia topnieją w jej promieniach jak śnieg w wiosennym słońcu. (...)

       Brzmią w człowieku dwa głosy – wołanie Anioła i krzyk bestii. Modlitwa jest wołaniem Anioła, a grzech jest krzykiem bestii. Człowiek, który się nie modli, coraz bardziej zniża się do ziemi i staje się podobny do kreta, który kopie sobie norę w ziemi, żeby się w niej schować. Człowiek, który się nie modli, zajmuje się wyłącznie sprawami tego świata, cały jest nimi pochłonięty i myśli tylko o tym, co przemijające, zupełnie jak ów skąpiec, któremu udzielałem ostatnich sakramentów. Kiedy podałem mu do ucałowania srebrny krucyfiks, powiedział: „Ten krzyż musi ważyć dobre dziesięć uncji”. Gdyby mieszkańcy nieba któregoś dnia przestali adorować Boga, niebo nie byłoby już niebem. A gdyby nieszczęśni potępieńcy w piekle mogli, mimo swoich cierpień, choć przez chwilę adorować Pana, piekło przestałoby być piekłem. Mieli serce stworzone do kochania Boga i język, aby Go nim chwalić, do tego bowiem zostali powołani. Jednak sami skazali się na to, że teraz przez całą wieczność będą Boga już tylko przeklinali. Gdyby mogli mieć nadzieję, że kiedyś dane im jeszcze będzie modlić się, chociaż przez krótką chwilę, czekaliby na tę godzinę z taką niecierpliwością, że samo to oczekiwanie przyniosłoby im ulgę w cierpieniach.

       Ojcze nasz, któryś jest w niebie – czyż to nie wspaniałe, że mamy w niebie Ojca! Przyjdź królestwo Twoje – jeśli pozwolę Bogu królować w moim sercu, kiedyś On pozwoli mi królować w chwale wespół z Nim. Bądź wola Twoja – nie ma nic słodszego i nic doskonalszego nad pełnienie Woli Bożej. Aby dobrze wykonać to, co do nas należy, trzeba czynić to tak, jak chce Bóg, w całkowitej zgodności z Jego zamysłami. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj - składamy się z ciała i duszy. Prosimy Boga, aby karmił nasze ciało, a On w odpowiedzi na tę modlitwę sprawia, że ziemia stale rodzi dla nas pokarm. Prosimy Go także, aby karmił naszą duszę, tę najpiękniejszą cząstkę naszej osoby, lecz ziemia z całym swoim bogactwem jest zbyt uboga, aby móc ją nasycić. Dusza bowiem jest głodna Boga i jedynie Bóg sam potrafi ją napełnić. Dlatego Bóg nie widział nic przesadnego w tym, że sam przyszedł na ziemię, przyjął ludzkie ciało po to, aby mogło ono stać się pokarmem dla naszych dusz. Chleb dla naszych dusz znajduje się w Tabernakulum. Gdy kapłan pokazuje wam Hostię, wasza dusza może mówić: oto mój pokarm! O dzieci moje, toż to nadmiar szczęścia, który pojmiemy dopiero w niebie.

Z książki Alfreda Monnina SJ „Zapiski z Ars”. Promic – Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 2009.

avatar użytkownika intix

6. Św. Jan Maria Vianney o nadziei



To prawda, że względem nas Bóg nie jest złośliwy. Jest jednak sprawiedliwy! Czyż sądzicie, że będzie liczył się z waszą wolą, że po tym, jak przez całe życie Nim gardziliście, naraz „rzuci się” wam na szyję? Istnieje miara łaski i miara grzechu, po przebraniu której Bóg się wycofuje.


       Nadzieja jest największym szczęściem człowieka na ziemi. Jedni ludzie mają jej nadmiar, innym jej brakuje. Niektórzy mówią sobie: „Zgrzeszę jeszcze raz. Co za różnica, czy powiem na spowiedzi, że popełniłem ten grzech trzy, czy cztery razy?”. To tak, jakby dziecko powiedziało do ojca: „Jeszcze raz uderzę cię w twarz. Co za różnica, czy spoliczkuję cię trzy, czy cztery razy, i tak wiem, że mi wybaczysz”.
Oto jak postępujemy wobec Boga. Mówimy sobie: „W tym roku jeszcze się pobawię, a nawrócę się w przyszłym roku. Jak tylko zechcę wrócić do Boga, na pewno przyjmie mnie z powrotem”. To prawda, że względem nas Bóg nie jest złośliwy. Jest jednak sprawiedliwy! Czyż sądzicie, że będzie liczył się z waszą wolą, że po tym, jak przez całe życie Nim gardziliście, naraz „rzuci się” wam na szyję? Istnieje miara łaski i miara grzechu, po przebraniu której Bóg się wycofuje. Co powiedzielibyście o ojcu, który w taki sam sposób traktuje dziecko grzeczne i psotnika? Powiedzielibyście: „Ojciec jest niesprawiedliwy, nie czyniąc różnicy między tymi, którzy mu wiernie służą, a tymi, którzy Go obrażają”.

       W obecnych czasach tak mało jest w ludziach wiary, że albo grzeszą zuchwałą nadzieją, albo zwątpieniem. Czasem ktoś mówi: „Za wiele złego w życiu zrobiłem; Bóg nie może mi przebaczyć”. To jest ciężkie bluźnierstwo, gdyż zakłada, że miłosierdzie Boże jest ograniczone, podczas gdy ono nie ma żadnych granic, jest nieskończone. Gdybyście popełnili tyle grzechów, że wystarczyłoby ich, aby zgubić całą parafię, to jeśli się wyspowiadacie, żałujecie za grzechy i macie szczerą wolę już nigdy więcej ich nie popełnić, Bóg wam wybaczy. Był kiedyś kapłan, który w swoich kazaniach często mówił o nadziei i Bożym miłosierdziu. Innych podnosił na duchu, lecz sam wątpił. Gdy skończył kazanie, podszedł do niego młody człowiek i poprosił o spowiedź. Kapłan zgodził się i młodzieniec wyznał mu swoje grzechy, a potem dodał: „Ojcze, wyrządziłem tyle zła, na pewno będę potępiony”. „Przyjacielu, co ty mówisz? Nigdy nie wolno tracić nadziei”. Młody człowiek wstał od kratek konfesjonału i odparł: „Ojcze, mnie przestrzegasz przed zwątpieniem, a sam w nim trwasz”. Do serca spowiednika wpadł promień światła i kapłan natychmiast wyrzucił stamtąd zwątpienie, wstąpił do klasztoru i został wielkim świętym. Bóg zesłał mu anioła pod postacią młodzieńca, aby pouczyć go, że nigdy nie należy poddawać się zwątpieniu.

       Bóg jest równie skory do tego, aby nam przebaczyć, gdy Go o to prosimy, jak matka, która biegnie ratować swoje dziecko, które wpadło w ogień. Pan jest dla nas jak matka, która nosi swoje dziecko na rękach. Malec jest nieznośny, kopie ją, gryzie i drapie, lecz ona nie przejmuje się tym. Wie bowiem, że gdyby je postawiła na ziemi, upadłoby, gdyż jeszcze nie umie samo chodzić. Tak też postępuje z nami Bóg. Znosi nasze złe traktowanie, naszą arogancję i przebacza nam wszystkie wybryki, lituje się nad nami, pomimo że Mu się sprzeciwiamy.

Z książki Alfreda Monnina SJ „Zapiski z Ars”. Promic – Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 2009.



avatar użytkownika intix

8. Myśli na każdy dzień - św. Jan Maria Vianney

Sierpień

 1. Niestety, są tacy, którzy nie modlą się w ogóle albo modlą się źle. Często idą spać wstają jak nierozumne bydlęta – bez myśli o Bogu. A jeśli się już modlą, to szukają wygód: opierają się na stołku albo na łóżku, odmawiają pacierz w czasie ubierania lub rozbierania się; chodzą przy tym po domu, nawołując jeszcze domowników i dzieci i wymyślając im. Nie widać u nich najmniejszego przygotowania.

 2. Skutki modlitwy zależą od sposobu, w jaki się modlimy. Żeby nasza modlitwa była miła Bogu i dla nas pożyteczna, powinniśmy być w stanie łaski albo przynajmniej mieć pragnienie porzucenia grzechu; bo modlitwa grzesznika, który nie chce się poprawić, jest obrazą Pana Boga.

 3. Jeżeli chcemy się dobrze modlić, to trzeba się do tego przygotować. Bez przygotowania modlitwa będzie zła. Takie przygotowanie polega na tym, żebyśmy, zanim uklękniemy, pomyśleli przez chwilę o Bogu i zastanowili się, z Kim mamy rozmawiać i o co Go prosić. Ach, jak niewielu ludzi przygotowuje się w ten sposób do modlitwy!

 4. Trzeba mieć przy modlitwie czystą intencję i prosić w niej tylko o to, co może się przyczynić do chwały Bożej i do naszego zbawienia.

 5. O rzeczy doczesne wolno prosić na modlitwie, ale tylko z tą myślą, żeby przyniosły one nam lub bliźniemu korzyść duchową. Jeśli w takiej sytuacji Bóg nas nie wysłuchuje, to znaczy, że czyni tak dlatego, że nie chce przyczynić się do naszej zguby.

 6. Niech modlitwa nasza będzie wytrwała. Niejeden raz Bóg chce nas doświadczyć i wysłuchuje nas nie od razu.

 7. Pamiętajcie, że jeśli Bóg nie udzieli wam tego, o co prosicie, to obdarzy was innymi, bardziej potrzebnymi łaskami.

 8. Jeśli dobry Bóg nie wysłuchuje was, to widocznie modlicie się bez żywej wiary, w intencji nie do końca czystej, bez ufności albo bez wytrwałości.

 9. Modlitwa faryzeusza jest pełna pychy i dumy. On nie dziękuje Bogu za łaski, nie modli się, tylko się przechwala i natrząsa z bliźniego, który modli się obok. Dlatego Pan odpuszcza grzechy celnikowi, a faryzeusz przeciwnie – taki zasłużony i cnotliwy we własnych oczach – wraca do domu z nowymi grzechami i w niełasce Boga.

10. Potępieni, jeśli poszli na zatracenie, to dlatego, że albo wcale się nie modlili, albo modlili się źle. A zatem z bronią modlitwy w ręku bez wątpienia pójdziemy do nieba; i przeciwnie – bez tej broni czeka nas wieczna zguba.

11. Chrześcijanin, który chce zbawić swoją duszę, kreśli na sobie zaraz po przebudzeniu Znak Krzyża, oddaje serce Bogu, ofiaruje Mu wszystkie swoje czyny i przygotowuje się do modlitwy. Bez niej nigdy nie idzie do pracy. Nigdy nie zapominajcie o tym, żeby dzień zaczynać od modlitwy!

12. Od dobrze rozpoczętego dnia zależy cały szereg łask, jakich być może zechce udzielić nam Bóg, ażebyśmy ten dzień przeżyli w sposób święty.

13. Żadna inna droga oprócz pokory nie prowadzi do chwały przyszłego życia – bo, jak mówi Mędrzec Pański: „Sławę uprzedza pokora”. Bez tej pięknej, bezcennej cnoty pokory, tak jak bez Chrztu – nie wejdziecie do nieba.

14. Dlaczego Pan nasz Jezus Chrystus tak uprzejmie obchodził się z dziećmi? Dlatego, że dzieci są pokorne, proste i nie ma w nich przewrotności. Jeżeli więc i my chcemy być podobnie potraktowani, bądźmy we wszystkich naszych sprawach pokorni i prostoduszni.

15. Jeżeli pycha jest matką wszystkich grzechów, to pokora przeciwnie: rodzi wszystkie cnoty.

16. Mając pokorę będziecie się podobać Bogu i zbawicie swoją duszę; bez niej – wszystkie inne wasze cnoty będą niczym.

17. Święta Teresa z Avila pytała kiedyś Boga, dlaczego dawniej Duch Święty z taką łatwością udzielał się niektórym postaciom Starego Testamentu (na przykład Prorokom czy Patriarchom) i objawiał im Swoje tajemnice, a teraz nie postępuje w ten sposób. Pan odpowiedział jej, że tamci byli pokorni, natomiast dzisiejsi ludzie mają serca dwoiste, pełne pychy i próżności. Bóg nie kocha ich więc tak, jak kochał poczciwych Patriarchów i Proroków, którzy odznaczali się prostotą i pokorą serca.

18. Pokora fundamentem wszelkich innych cnót. Kto chciałby służyć dobremu Bogu i zbawić swoją duszę, ten musi w całej rozciągłości praktykować tę cnotę.

19. Jeżeli chcemy, żeby to, co robimy, zasługiwało na życie wieczne, koniecznie potrzebujemy pokory!

20. Bez pokory pobożność będzie podobna do źdźbła słomy wsadzonego w ziemię – obali je byle podmuch wiatru.

21. Zły duch nie boi się pobożności, jeśli nie ma ona fundamentu pokory, bo wie, że w takim razie będzie ją mógł połamać, kiedy mu się tylko spodoba!

22. Kiedy ludzie słyszą pochwały, pochlebstwa, kiedy się ich ceni, wówczas palą się do pobożnych uczynków – wszystko by oddali, ze wszystkiego by się ogołocili. Ale kiedy tylko usłyszą drobną choćby naganę, kiedy zobaczą obojętność względem swojej osoby – już ich to dręczy, czasami nawet pobudza do łez, napełnia goryczą, już się oburzają i zniechęcają, pomawiają bliźniego o niesprawiedliwość, posuwają się do obmowy.

23. Nic dziwnego, że w dzisiejszych czasach widać u chrześcijan cnoty tylko pozorne, – bo brak im pokory.

24. Święty Bernard był tak przeświadczony o swojej nicości, że kiedy wchodził do jakiegoś miasta, padał na kolana i błagał Boga, żeby nie karał mieszkańców z powodu jego grzechów. Bo uważał, że gdziekolwiek się znajdzie, sprowadzi na to miejsce, z powodu swojej, jak sądził, niegodziwości, przekleństwo Boże.

25. Święty Augustyn mówi: "Jeśli się głęboko uniżycie i uznacie, że jesteście nicością i na nic nie zasługujecie, to Bóg obficie wam udzieli Swoich łask. Jeżeli zaś będziecie się wynosić i uważać, że jesteście kimś, usunie się On od was i pozostawi was w waszej nędzy.”

26. Pokorny człowiek z łatwością ustąpi drugiemu, nikogo nie rozgniewa, ze wszystkiego będzie zadowolony i będzie się starał ukrywać swoją osobę przed wzrokiem świata.

27. Jakże bardzo rzadka jest prawdziwa pokora i pogarda samego siebie! Nic dziwnego, że tak niewielu jest świętych!

28. W niebezpieczeństwie duszy osłaniajmy się płaszczem pokory – wtedy czart nas nie zmoże. Tak postępował Święty Makary, który gdy przychodziła na niego pokusa, rzucał się z pokorą na kolana i zły duch uciekał.

29. Jak miła jest Bogu cnota pokory, jak potężną jest ona bronią przeciwko napaściom piekła! Niestety, jak rzadko się ją dzisiaj spotyka! Bo przecież nie polega pokora na wygłaszaniu pięknych słów i skromnym wyrażaniu się na swój temat.

30. Są ludzie, którzy często mówią o sobie źle po to, żeby ich chwalono. To fałszywa pokora. Nie mówcie o sobie nic i miejcie to głębokie przeświadczenie, że jesteście nędzni, i że Bóg z litości tylko trzyma was na świecie.

31. Niech nam się nie wydaje, że słuszność jest zawsze po naszej stronie – bo czy nie mylimy się często? Tylko człowiek pełen pychy chce zawsze postawić na swoim.