Prawa Człowieka (i Obywatela) a przekształcenia własnościowe

avatar użytkownika hrponimirski

Jak to mawiają Historia vitae magistra est, więc wracamy do rewolucji francuskiej, czyli do źródeł naszej europejskiej demokracji.

Ostatnio skończyliśmy na zburzeniu Bastylii, która aż takim symbolem Ancien Regime, jak to się nam wmawia, nie była. A przynajmniej wg książki historycznej, którą sobie z zapałem analizujemy.

Zdobycie Bastylii miało wymiar bardzo praktyczny, chodziło o zdobycie broni. Broń trzeba było zdobyć, bo obawiano się odwetowców z Wersalu. A już tyle osiągnięto – zmieniono ordynację wyborczą, by nie głosować stanami a wszyscy deputowani razem. Ogłoszono też, że Zgromadzenie Narodowe (Nacjonalistów) będzie tworzyć teraz prawo, a zacznie od napisania Konstytucji, jako Zgromadzenie Narodowe Konstytucyjne (Nacjonalistów-Konstytucjonalistów w alternatywnym tłumaczeniu). No i jak wiadomo lepiej zatrzeć ślady swojej wywrotowej działalności niszcząc dowody rzeczowe.

Generalnie to król jako potencjalny odwetowiec zachowywał się dosyć powściągliwie, a wręcz dwuznacznie. Nie aprobował zmian, ale też nie wyciągał konsekwencji. Dawał też sprzeczne sygnały, że zmiany jednak aprobuje np. przypinając sobie do kapelusza niebiesko-czerwoną kokardę paryską. Niejaki La Fayette dodał kolor biały – królewski, na znak zgody króla z narodem. Te 3 kolory tworzą teraz francuską flagę.

Jak pisze autor obawa przed spiskiem odwetowców (ogólnie arystokratów, którzy emigrowali w tym czasie z Francji) była powszechna, ale też „umyślnie podsycana przez ludzi, którym na tym zależało […]” i że ta obawa daje zrozumieć pewne fakty z okresu rewolucji. Natomiast burżuazja obawiała się również ludu i to zarówno miejskiego, jak i chłopstwa. W miastach powielano schemat z Paryża – burzono cytadele, etc, zamieniano dotychczasowych urzędników na tych z burżuazji. Francja de facto zmieniła się w federację wolnych miast. Nie płacono też podatków na rzecz państwa.

Chłopi na wsi zaczęli mordować i palić domy panów i blokować kontakty między miastami. Ale gwardie narodowe i milicje miejskie zaczęły tłumić rewolucję chłopską, bo część majątków wiejskich należała do mieszczan. Burżuazja nie chciała jednak zadzierać z ludem miast i chłopami… bo obawiała się spisku arystokratycznego – był to więc sojusznik, choć niefrasobliwy. Można go było tolerować dopóki nie nastawał na Świętą Własność Prywatną.

Teraz dwie dygresje/refleksje – obie związane z Grzegorzem Braunem, który stara się tłumaczyć pewne historyczne wypadki.

Jeśli mówimy o ludzie Paryża, czy też ogólnie o ludzie, to nie sposób nie skojarzyć go z ludem Warszawy, który dołącza się do podoficerów podczas powstania listopadowego. Interpretacja Grzegorza Brauna jest taka, że ten lud to półświatek najgorszego sortu, pełny rzezimieszków, panien nieciężkiego prowadzenia i przemytników. Lud ten zdobywa arsenał, a przede wszystkim skład wódki, bo jedną z przyczyn powstania (a jak wiemy każda katastrofa ma wiele przyczyn) był monopol piwno-wódczany Newachowicza. Jak ktoś nie widział sugestywnej historycznej rekonstrukcji powstania przez Brauna, powinien koniecznie znaleźć sobie na tubie. Braun dzieli się również refleksjami geopolitycznymi np. po co jest Afganistan.

Poddajmy się więc tej sugestywnej wizji Brauna a interpretacja rewolucji francuskiej będzie jeszcze bardziej ciekawa.

Grzegorz Braun wyreżyserował niedawno film pt. „Luter i rewolucja protestancka”. Luter swoją mową nienawiści wobec kleru rozochocił chłopstwo do własnego buntu. Musiał te protesty szybko napiętnować. Nie po to popierali jego reformy książęta Rzeszy, chcący uwłaszczyć się na klerze, by jacyś chłopi mogli też rabować, a być może obrabować i ich samych.

Braun komentuje to, że wygrała opcja „mienszewików” i zwraca uwagę, że kolejne rewolucje będą miały podobny schemat.

Tak więc idąc tym tropem i tym razem początkowo wygrali mienszewicy. Aby udobruchać chłopów, którzy mogliby być dobrym straszakiem na arystokrację zniesiono przywileje stanowe. Zdecydowano zatem (ciekawe kto konkretnie?), że książę d’Aiguillon wystąpi z takim projektem, ale uprzedził go zrujnowany arystokrata, wicehrabia Ludwik de Noailles, książę natychmiast go poparł i inni arystokraci i biskupi złożyli publicznie samokrytykę.

Zniesiono „niewolę chłopów (serve), a poza tym sądownictwo senioralne, usługi osobiste chłopów, prawo pańskie do polowania na gruntach chłopskich i przywileje stanowe szlachty.”

Wiki – „Co więcej tylko około miliona chłopów żyło w poddaństwie, głównie w Nivernais i Franche-Comté. Dobra tzw. serfs podlegały prawu martwej ręki (w 1779 roku zostało ono zniesione w domenie królewskiej), a do 1779 oni sami nie mieli prawa opuścić dóbr swojego pana. Istotnym problemem na wsi był „głód ziemi” – jedynie 35% gruntów należało do 20 milionów chłopów.” Wiki zadaje tu klina – a co z pozostałymi 65% czy były częściowo chłopom wynajmowane? czy też były to tylko nieużytki i miasta? Czy te 20% należało do chłopów, czy było wynajmowane? No i że tylko 1 milion chłopów żył w poddaństwie. No i czy te 20 chłopów to byli wszyscy inni chłopi, czy też byli jacyś jeszcze na tych 65% Francji? Czy te 65% to tylko użytki, etc…

W książce jest napisane, że i tak główne ciężary chłopa nie zostały zniesione. Czyli można podejrzewać, że lud był z jednej strony żyrantem całej zmiany (cała rewolucja była niby dla ludu – i tak to istnieje w naszej świadomości), a z drugiej nadawał się do robienia zamętu a w czasie takiego zamętu łatwiej rewolucyjne zmiany przeprowadzać. Lud też może być pewnym uogólnieniem, bo aktów przestępczych mogła się czepić tylko część ludu.  Oczywiście, jeśli się nie ma wkurzonego ludu lokalnie, zawsze można importować wkurzony lud zza granicy.

Zniesiono też dziesięcinę na wniosek Talleyranda, który jak pamiętamy był potem jednym z „przybocznych” Napoleona. Podobno Talleyrand jako biskup zaproponował coś co i tak musiało stać, więc odda przysługę klerowi, że to wyszło niby od kleru. Protestował Sieyes (ciekawe czy na poważnie, czy dopiero teraz się zorientował do czego to wszystko prowadzi).

Ponieważ tworzenie konstytucji szło opornie napisano protezę czyli Deklarację Praw Człowieka i Obywatela (jakby „człowiek” i „obywatel” to byłyby dwa różne byty). Jeśli dobrze pamiętam to i Unijnej konstytucji kilka lat temu towarzyszyła jakaś „deklaracja praw”. Od czasów rewolucji francuskiej te „prawa człowieka” - zupełnie mgliste w definicji - są mantrą do wprowadzania kolejnych „rewolucyjnych” zmian, lub pałowania nazbyt konserwatywnych rządów.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Powszechna_Deklaracja_Praw_Seksualnych

Co ciekawe w krajach anglosaskich tworzono też wcześniej różne deklaracje praw, ale słynny

https://en.wikipedia.org/wiki/United_States_Bill_of_Rights

to zbiór 10ciu poprawek do konstytucji, z który bardzo ciekawa jest 9ta:

„The enumeration in the Constitution, of certain rights, shall not be construed to deny or disparage others retained by the people.”

“Wyliczenie w Konstytucji pewnych praw, nie powinno być interpretowane tak, by zaprzeczyć lub umniejszyć innym [prawom] posiadanym przez ludzi [lud].”

W dużym skrócie chodzi o zapobieżeniu stworzenia bubla prawnego, który polega na tym, że wylicza się pewne prawa a i tak nie wyliczy się ich wszystkich. W związku z tym można by np. ścigać człowieka, że kąpie się w rzece, bo akurat nie ma tego w wyliczonym prawach (no i oczywiście prawo równocześnie explicite tego nie zabrania).

Nie wiem, czy europejskie konstytucje silą się na takie sprostowanie.

„Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela zaczynała się od stwierdzenia, że pragnie głosić prawa naturalne i niezbywalne człowieka. Są nimi wolność, własność [nie równość!] braterstwo i opieranie się uciskowi [jakby „nie zabijaj”, „nie kradnij” i  ewangelia o dobrym Samarytaninie tego nie gwarantowały – przynajmniej jeśli chodzi o wolność, własność i braterstwo]. Celem każdej organizacji państwowej jest zachowanie tych praw. W związku z tym Deklaracja głosiła zasadę suwerenności ludu [a nie Boga, jako dawcy praw], równość obywatelską wobec prawa [jakoś dziwnie obecnie rozumianą skoro dalej istnieją różne immunitety, przywileje i „kasta sędziowska”], tolerancję religijną, wolność słowa i prasy [obecnie ograniczanej zarzutami wobec niepoprawnych politycznie o „mowę nienawiści”], udział wszystkich pośredni i bezpośredni w uchwalaniu praw i podatków, odpowiedzialność urzędników. Ostatni, 17 paragraf Deklaracji, głosił, że ponieważ własność prywatna jest prawem nienaruszalnym i świętym [sic!], przeto nikt nie może być jej pozbawiony, jeśli nie wymaga tego w sposób widoczny konieczność publiczna i pod warunkiem wypłaconego uprzednio sprawiedliwego odszkodowania.”

Dzięki deklaracji praw mamy więc teraz autostrady. Jednak w tamtych czasach (choć obecnie jest podobnie) głównym problemem państwa był brak pieniędzy. Trzeba było komuś te pieniądza zabrać i zaraz się dowiemy komu.

Stałym motywem książki jest refleksja na ile rewolucja francuska kopiowała rewolucję amerykańską (tak jak ona jest naprawdę nazywana, a nie „wojna o niepodległość”), inaczej mówiąc jak rewolucja amerykańska wpłynęła na rewolucję francuską i czy gdyby rewolucji amerykańskiej nie było, to czy rewolucja francuska wyglądałaby inaczej. Np. stwierdza, że wiele zwrotów z Deklaracji Praw przypomina te dla Wirginii i Massachusetts. Konstatuje jednak za każdym razem, że obie rewolucje odbywały się w duchu Oświecenia, więc źródło pomysłów było wspólne a więc pewne akty prawne czy postulaty były podobne.

Nie skomentowałem „tolerancji religijnej” w cytacie, gdyż ona wymaga szerszego wyjaśnienia. Otóż przed Lutrem w Europie Zachodniej istniała jedność religijna. Oczywiście były różne herezje, jak np. katarska, ale nie miały one większego wpływu. Wypowiedzenie posłuszeństwa przez Lutra papiestwu i stwierdzenie, że wszystko można wyczytać w Biblii (a interpretacja Biblii nie jest ujednolicona przez Kościół) miało takie konsekwencje, że powstała mnogość wyznań protestanckich, gdyż każdy po swojemu mógł sobie np. definiować dogmaty. Obecnie dobrze to widać na przykładzie amerykańskich teleewangelistów. Tak się akurat złożyło, że na Wyspach Brytyjskich tych wyznań namnożyło się najwięcej. W związku z tym aby ludzie nie kłócili się ze sobą o dogmaty a w państwie był spokój, zasłużony dla cywilizacyjnego postępu John Locke wymyślił „tolerancję religijną”. Ale jego „tolerancja religijna” nie obejmowała ateistów, gdyż oni w nic nie wierzą, a więc są podejrzani. Ani dla katolików, bo ci oprócz króla mają pana w postaci papieża, więc koniec końców mogą być nielojalni wobec świeckiego władcy. Jak widać ta „tolerancja” była tendencyjna i wybiórcza jak wszystkie „ideały”, czy „wartości”, które głosi teraz lewica (a wzajemną sprzeczność niektórych postulatów lewicy pokazałem w poprzedniej notce o rekonstrukcji rządu). Notabene jak lewica odnosi się do jakiś „ideałów” i „wartości” to mają one często źródło oświeceniowe, choć być może są już kilkakrotnie przetworzone. Dzisiejsi bezbożnicy powinni jednak pamiętać, że w czasach Oświecenia byliby nietolerowani – to jeszcze nie czasy Marxa, kiedy to „religia [stała się] opium dla ludu”. Choć oczywiście Luter zdążył już zmienić wyobrażanie Boga, na takie, w którym nie jest „doskonałym dobrem”.

Jeśli obawiano się lojalności katolików – czy nie znaczy to, że Kościół skutecznie blokował nadużycia władzy świeckiej (choć oczywiście robiono wszystko od Reformacji po Oświecenie,  by tą skuteczność osłabić)?

Co do wolności słowa i prasy to, mimo że te rzeczy są pożądane, to przecież wiadomo, że nie były one postulowane po to by głosić Prawdę, a po to by uprawiać propagandę. Już rewolucja protestancka, która zbiegła się z wynalezieniem druku, pokazała jak ważne jest kolportowanie różnych ulotek, pamfletów i innych drukowanych oszczerstw czy przeinaczeń faktów, aby wzbudzić zapał ludzi do „sprawy”. A rewolucja francuska też miała „medialne” przygotowanie w postaci rozpowszechniania pamfletu Sieyesa. Jak ktoś głosi szczytne ideały jak np. pacyfizm czy ekologia – choć pięknie jest żyć bez wojny i w czystym środowisku – to trzeba się również zastanowić, czy aby nie chodzi o pomniejszeniu potencjału militarnego państwa, w którym te poglądy są głoszone, i jego osłabienia.

Król jak zostało to wspomniane do „reform” miał stosunek co najmniej przerywany. Na balandze w Wersalu podeptano trójkolorowe kokardy. W Paryżu wywołało to wzburzenie. A „w pewnych kołach do których należał La Fayette, powstała myśl”, żeby króla internować. To sformułowanie „w pewnych kołach” (jak i mu podobne) jest dosyć powszechne w książce. Nie wiemy przeto, czy La Fayette był oficerem prowadzącym, świadomym TW, czy też użytecznym idiotą. Podobnie jest z innymi postaciami, o których prawdziwych rolach możemy jeno spekulować.

Znów (jak poprzednio) puszczono plotkę, że w Paryżu zabraknie chleba, wraz z kolejną plotką, że może być w Wersalu. Tym razem manifestowało parę tysięcy kobiet. Czy były to kobiety pokroju tych, o których Braun wspomina a propos powstania listopadowego? (I czy było zapotrzebowanie w Paryżu na aż 5 tys?)  Kobiety te ograbiły kasy miejskie i ruszyły w kierunku rezydencji króla. Do kobiet dołączyło parę tys. mężczyzn przebranych za kobiety, ale uzbrojonych. Być może liczono na to, że król nie będzie walczył z kobietami. Tłum otoczył zamek domagając się chleba i akceptacji reform. Jaki edukowany tłum… normalnie taki domaga się „chleba i igrzysk”. Przybył La Fayette z wojskiem, głównie po to, by żołnierze mogli się bawić z kobietami.

Miłość, miłość pod Wersalem,

Polewamy się krochmalem…

Żołnierzem jestem a Ty królową nocy!

Tłum wtargnął rankiem do zamku zabijając paru gwardzistów królewskich. Opanował to La Fayette, ale i tak internował króla i kazał mu się udać z nim, wojskiem i tłumem do Paryża. Królowi paradę „umilały” głowy jego gwardzistów niesione na pikach. Po królu do Paryża przeniosło się i Zgromadzenie Narodowe stając się – jak pisze autor – „jeńcem, tych którzy potrafili zorganizować tłumy proletariatu paryskiego i przy ich pomocy wywierać nacisk na Zgromadzenie”. Przypominam, że wcześniej obawa przed odwetowcami z Wersalu była „umyślnie podsycana przez ludzi, którym na tym zależało”. Co to za ludzie - nie wiemy.

La Fayette do nie dawna pracował dla księcia orleańskiego, teraz chciał być dyktatorem i przystopować rewolucję. Ale nie miał poparcia i zaufania – ludu, armii, Zgromadzenia i króla. „Zresztą i zdolności La Fayette’a nie dorównywały jego ambicjom”. Czyli jednak użyteczny idiota. I nie dość, że użyteczny idiota, to jeszcze najbardziej groteskowy typ użytecznego idioty, bo „z ambicjami”.

Tu następuje opis frakcji Zgromadzenia Narodowego. Przyjrzenie się frakcjom wymaga jednak osobnej notki, w szczególności, że to gdzie one siedziały podobno przetrwało do dziś w podziale na lewicę i prawicę.

Przypominam, że ta cała zabawa zaczęła się od tego, że państwo nie miało pieniędzy i szlachta z klerem miała się zgodzić na opodatkowanie. Jednak po zburzeniu Bastylii nie płaciła podatków nawet spora część Stanu 3ciego. Podejrzewam, że chaos wywołany przez tych, którym „zależało” i którzy chcieli „wywierać nacisk” ciągłym straszeniem braku chleba również powiększał kryzys. „Zaczęto więc mówić o konieczności sięgnięcia po dobra kościelne.

Już w Encyklopedii Turgot mówił o prawie rządu do zniesienia wszystkich fundacji kościelnych. […] Ten stan rzeczy sprawił, że ogół katolików i ogół księży we Francji nie widział pożytku z tych dóbr nawet dla samego Kościoła.” Cios w Kościół miał być przede wszystkim ciosem w szlachtę.

Biskup Talleyrand (podobnie jak z likwidacją dziesięciny) postawił wniosek by ZN uznało dobra kościelne za własność narodową (nacjonalistyczną) a klerowi zaczęło wypłacać pensje. Argumentacja ta sama – lepiej jak to samo wyjdzie od kleru skoro rzecz jest przesądzona. Pewien arcybiskup zaproponował wielką pożyczkę po to by zapobiec sekularyzacji czy nacjonalizacji. Autor pisze, że jakby rok wcześniej padła taka propozycja nie byłoby pewnie potrzeby zwoływania Stanów Generalnych. Można by przyjąć taką narrację…

Ale do głosowania w sprawie podatków nawet nie doszło, bo Stan 3ci od razu domagał się podwójnej reprezentacji, wspólnego głosowania z innymi stanami, a w końcu obwołał się Zgromadzeniem Narodowym. Te działania potęgowały zamęt, wzmacniany przez „nieznanych sprawców”, którym „zależało” i chcieli „mieć nacisk”… Oświeceniowa Encyklopedia też przygotowała propagandowy grunt i wskazała kierunek zmian. Skoro - jak autor pisze – realizowane były ideały Oświecenia to trudno sobie wyobrazić, że jakby szlachta i kler sypnęły kasą wcześniej, całej akcji by nie było. Oczywiście nie wiemy jakby zagłosowała szlachta i kler podczas głosowania Stanów, ale podkreślam – do głosowania nie doszło! Pisanie więc, co by było gdyby i że skok na kasę kleru był wyższą koniecznością w zaistniałej sytuacji jest trochę bez sensu.

„Ostatni, 17 paragraf Deklaracji [Praw Człowieka i Obywatela], głosił, że ponieważ własność prywatna jest prawem nienaruszalnym i świętym [sic!], przeto nikt nie może być jej pozbawiony, jeśli nie wymaga tego w sposób widoczny konieczność publiczna i pod warunkiem wypłaconego uprzednio sprawiedliwego odszkodowania.”

Jak widać konieczność publiczna wymagała w sposób widoczny zaboru kościelnego mienia. Co prawda nie wypłacono sprawiedliwych odszkodowań (bo skok na kasę nie miałby sensu – jaki to skok, skoro trzeba oddać ekwiwalent?), ale obiecano pensje.

Mamy 4 sposoby przekształceń własnościowych: sekularyzację, nacjonalizację, prywatyzację i reprywatyzację. Państwo może dokonać sekularyzacji bez odszkodowania, ale może też dokonać prywatyzacji gruntów a później wypłacić odszkodowania w związku z np. budową drogi.

Oczywiście wtedy na sekularyzacji ktoś się uwłaszczył, ale o tym napiszemy sobie w kolejnym odcinku. Skoro i tak każdy odcinek poprzedzam, krótkim podsumowaniem z poprzednich, to tego już nie będę podsumowywał i główne wnioski przedstawię na początku kolejnego.

3 komentarze

avatar użytkownika Maryla

1. @hrponimirski

grunt, że karnawał trwa :) wszystkim życzę więcej luzu i złapania dystansu do tego, co nam serwują politycy z mediami.

Miłość, miłość pod Wersalem,

Polewamy się krochmalem…

Żołnierzem jestem a Ty królową nocy!

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika gość z drogi

2. Piękne :)

faktycznie ,zapomnieliśmy o Karnawale :)))
"a niech to mole zjedzą" jak mawiał kiedyś pewien chłopak :)

gość z drogi

avatar użytkownika gość z drogi

3. ale nas zajechała polityka :)

to nie do uwierzenia,że tak łatwo jej ulegliśmy :)
a przecież Życie ma tyle pięknych barw :)
ot chociażby KARNAWAŁ :)

gość z drogi